Homo fundamentalis

Homo fundamentalis

06.10.2016
Czyta się kilka minut
Osoby o wysokiej potrzebie domknięcia charakteryzuje pragnienie unikania niejasności. Wolą uzyskać ostateczną odpowiedź – jakakolwiek by ona nie była – byle nie przedłużać stanu niepewności poznawczej. Poszukują w swym życiu porządku i struktury, uciekając od wszelkich sytuacji chaotycznych.
Giorgio Vasari, Fresk przedstawiający oblężenie Florencji (1530)
N

Na spory wokół relacji nauki i wiary patrzy się zwykle jak na debatę toczoną między znanymi intelektualistami: „czterema jeźdźcami nowego ateizmu” (Richardem Dawkinsem, Danielem Dennettem, Samem Harrisem i Christopherem Hitchensem) z jednej strony, a Williamem Dembskim i innymi głosicielami doktryny tzw. inteligentnego projektu z drugiej. Jest to, oczywiście, perspektywa jak najbardziej dopuszczalna, ale nieco zakłamująca istotę sprawy. Żaden intelektualista – choćby najbardziej cierpliwy i przekonany do swych racji – nie może obejść się bez publiczności, bez tych osób, które kupują jego książki i uczęszczają na wykłady. Wydaje nam się zatem, że warto zapytać, kim są ich anonimowi najczęściej kibice. Co można powiedzieć o tych, którzy w komentarzach pod artykułami z nagłówkiem „nauka–wiara” obrzucają się inwektywami, a po wykładach poświęconych temu zagadnieniu zadają niewygodne i podchwytliwe (przynamniej w ich mniemaniu) pytania? Warto zastanowić się nad tym także dlatego, że również w Polsce temperatura dyskusji o nauce i wierze, a szczególnie debaty wokół teorii ewolucji, zaczyna niepokojąco rosnąć, choć nie osiągnęła jeszcze poziomu, który zyskała w Stanach Zjednoczonych. Jakie są tego przyczyny?

Przeciw fundacjonizmowi

Poszukiwanie niezachwianych podstaw wiedzy było od zawsze jednym z najważniejszych zadań, które stawiali przed sobą filozofowie. Najsłynniejszy w historii projekt fundacjonistyczny zaproponował Kartezjusz, który na początku Medytacji wyznaje:

Nie od dziś zauważam, że od najmłodszych lat przyjmowałem fałszywe poglądy za prawdę̨ i że to, co od tego czasu zbudowałem na tak źle upewnionych podstawach, musi być bardzo wątpliwe i niepewne. Uznałem więc, że powinienem raz w życiu wyzbyć się̨ wszystkich poglądów, które wcześniej zdarzyło mi się przyjąć na wiarę, i – gdybym miał ustalić coś pewnego i trwałego w nauce – rozpocząć całkiem od nowa i od podstaw.

Jak wiadomo, takie niepodważalne podstawy Kartezjusz odnalazł na drodze metodycznego wątpienia, które doprowadziło go do tezy ego cogito, ergo sum. Na tym fundamencie – dowodząc najpierw istnienia Boga, a następnie świata zewnętrznego wobec umysłu – postawił imponujący gmach swego filozoficznego systemu. Taktyka Kartezjusza – wzorowana do pewnego stopnia na matematyce – jest charakterystyczna dla każdej próby fundacjonistycznego podejścia do ludzkich wysiłków poznawczych. Zaczynamy od ustalenia niewzruszalnych tez podstawowych – swego rodzaju aksjomatów – a następnie (najlepiej niezawodną drogą dedukcji, choć nie zawsze jest to możliwe) wyprowadzamy kolejne tezy, tworząc spójną, wszechogarniającą wizję świata. Kłopot pojawia się wtedy, gdy nasze doświadczenie zdaje się sprzeczne z tą wizją; pozostaje wówczas je zignorować albo zreinterpretować w taki sposób, by nieznośna sprzeczność zniknęła – trochę zgodnie z zaleceniem Hegla: jeśli fakty nie zgadzają się z teorią, to tym gorzej dla faktów.

Okazuje się jednak – a argumentów dostarcza epistemologia i filozofia nauki ostatnich stu lat – że fundacjonistyczna koncepcja wiedzy jest utopijna. Ludzie nie są doskonałymi podmiotami poznającymi, które mogą ustalić coś raz na zawsze. Zadanie to zostawić musimy „istotom boskim”, sami zaś powinniśmy przyznać przed sobą, że naszemu poznaniu daleko do perfekcji. Wynikają z tego istotne konsekwencje dla sposobu, w jaki dokonujemy prób poznawczego opanowania świata. Po pierwsze, uznać musimy, że większość z przyjmowanych w argumentacji przesłanek ma status rewidowalnych hipotez; nie są one matematycznymi aksjomatami, można je odrzucać lub modyfikować. Po drugie, odrzucenie lub modyfikacja hipotez nie może przebiegać w sposób przypadkowy, a wynikać powinna z oceny wniosków, do których hipotezy te prowadzą. Wnioski, które są zgodne z doświadczeniem i sprzyjają naszym praktycznym działaniom, wzmacniają wyjściowe hipotezy; i przeciwnie: konkluzje sprzeczne z tym, czego doświadczamy, lub posiadające niewielki walor praktyczny, osłabiają hipotezy i skłaniają do ich rewizji. Po trzecie, tło argumentacji – czyli akceptowane przez nas dotychczas teorie – powinno być względnie stabilne. Łatwiej możemy odrzucać nowe hipotezy, niż te, które się dotąd sprawdzały. Równocześnie jednak naszej wiedzy tła nie możemy absolutyzować: wystarczająco płodne (zarówno w sensie teoretycznym, jak i praktycznym) nowe hipotezy mogą i powinny skłaniać nas do zasadniczych zmian w uznawanym dotąd obrazie świata. Po czwarte wreszcie, nasze rozumowania muszą być otwarte na formułowanie i porównywanie często wzajemnie sprzecznych argumentów. Wysiłki poznawcze niedoskonałych podmiotów poznających – a takimi są ludzie – nie mogą podążać drogą prostej dedukcji od przesłanek do wniosków; musimy raczej pracować równocześnie z kilkoma alternatywnymi hipotezami, bo tylko w ten sposób możemy zwiększyć nasze szanse na zrozumienie świata.

Tak rozumiany nonfundacjonizm nie jest „gorszym” sposobem poznania i argumentacji – jest raczej sposobem jedynym. Niezależnie od tego, jak bardzo potrzebujemy pewności, skazani jesteśmy na domysły i warto podjąć wysiłek, by uczynić je tak solidnymi, jak to możliwe.

Potrzeba domknięcia

W latach 90. ubiegłego wieku amerykański psycholog Arie Kruglanski opisał mechanizm psychiczny, który określił mianem potrzeby domknięcia poznawczego. Osoby o wysokiej potrzebie domknięcia charakteryzuje pragnienie unikania niejasności – wolą uzyskać szybko ostateczną odpowiedź w danej kwestii – jakakolwiek by ona nie była – byle nie przedłużać stanu niepewności poznawczej. Zdaniem Kruglanskiego, poszukują one w swym życiu porządku i struktury, uciekają od sytuacji chaotycznych. Pragną wiedzy, na której można polegać niezależnie od okoliczności, doświadczają nagłego pragnienia domknięcia, przejawiającego się w stanowczości ich sądów i wyborów. Sytuacje wieloznaczne odczuwają jako dyskomfortowe i nie pragną konfrontować swej wiedzy z alternatywnymi wyjaśnieniami. Skutkuje to kierowaniem się abstrakcyjnymi schematami i stereotypami, które pozwalają unikać niepewności.

Z kolei niska potrzeba domknięcia przejawia się przede wszystkim w lepszej tolerancji na niepewność. Osoby o niskiej potrzebie domknięcia skłonne są do dokładniejszego oglądu sytuacji oraz zmiany dotychczasowych sądów, gdy pojawią się nowe dane. Myślenie osób o niskiej potrzebie domknięcia nie jest stereotypowe i schematyczne – polega na tworzeniu różnych scenariuszy, które – gdy tylko zajdzie taka potrzeba – mogą zostać zmienione lub zreinterpretowane.

W jednym z eksperymentów Kruglanski i Webster przedstawili badanym nagrania rozmów z kandydatami do pracy. Rozmowy ukazywały zarówno pozytywne, jak i negatywne cechy kandydatów, przy czym nagrania były tak zmontowane, że jednej grupie uczestników eksperymentu pokazywano rozmowy prezentujące najpierw cechy negatywne, a potem pozytywne, zaś drugiej – odwrotnie. Okazało się, że osoby z wysoką potrzebą domknięcia poznawczego szybko wyrabiały sobie pogląd na temat kandydatów – jeśli najpierw poznały ich negatywne strony, pozytywne informacje nie wpływały na wydawany osąd. Z kolei ci z badanych, którzy mieli mniejszą potrzebę domknięcia, byli w stanie oceniać prezentowane rozmowy w bardziej wyważony sposób, uwzględniając całość przedstawionego materiału.

Choć ludzie różnią się indywidualnie pod względem nasilenia potrzeby domknięcia, także konkretne sytuacje zwiększać mogą u nich motywację do „domykania” swych poglądów. W jednym z badań Kruglanski i współpracownicy poprosili osoby badane, aby wcieliły się w rolę sądowej ławy przysięgłych orzekającej w sprawie pozwu przeciw liniom lotniczym. Połowa osób badanych otrzymała dane sprzyjające poparciu którejś ze stron (powodowi lub pozwanemu), zaś druga połowa nie otrzymała takich informacji. U części badanych osób za pomocą sztucznie wytworzonego hałasu próbowano wzbudzić potrzebę domknięcia. Po wyrażeniu swoich opinii na papierze, uczestnicy proszeni byli o ich uzasadnianie w dyskusji. Interlokutorem był pomocnik eksperymentatora, który starał się obalić opinię każdej z badanych osób. Jak można się spodziewać, uczestnicy badania, którzy otrzymali informacje przemawiające za którąś ze stron, byli bardziej pewni swoich opinii. Z kolei osoby, które nie otrzymały żadnych wskazówek, w warunkach hałasu były skłonne pod wpływem perswazji zmienić swoją opinię – wynik ten zinterpretować można w ten sposób, że potrzeba domknięcia, indukowana hałasem, prowadzi do zmniejszenia tolerancji na niepewność, co przejawia się łatwiejszą podatnością na sugestię. Eksperymenty pokazują, że potrzeba domknięcia wzbudzana jest także przez zmęczenie psychiczne i przeżywanie silnych emocji.

Próbując podać teoretyczne wyjaśnienie tego zjawiska, Kruglanski i Webster wskazują na działanie dwóch mechanizmów: „chwytania” (seize) i „zamrażania” (freeze). Chwytanie prowadzi do akceptacji pierwszego jednoznacznego wyjaśnienia danej sytuacji, bez przeprowadzenia oceny jego jakości. Z kolei zamrażanie polega na szybkim włączeniu takiego poglądu do istniejącej struktury wiedzy, co sprawia, że staje się on odporny na zmianę – później uzyskane dane, podobnie jak alternatywne wyjaśnienia, są po prostu ignorowane. „Zamrożenie” prowadzi więc do obrony posiadanych struktur wiedzy przed informacjami mogącymi je zburzyć. Dzięki działaniu tych mechanizmów zmniejsza się liczba możliwych interpretacji, co prowadzi również do zwiększenia stopnia pewności czyjegoś obrazu świata.

Łatwo dostrzec, że osoby o wysokim poziomie potrzeby domknięcia poznawczego będą preferować fundacjonistyczną wizję wiedzy. Ktoś, kto poszukuje w swym życiu porządku i struktury, nie będzie skłonny do rewidowania raz przyjętych hipotez; ktoś, kto pragnie wiedzy, na której można polegać niezależnie od okoliczności, uchwyci pierwsze jednoznaczne wyjaśnienie danej sytuacji i raczej „zamrozi” je w swej dotychczasowej wizji świata niż wizję tę zmodyfikuje. Człowiek, który odczuwa dyskomfort w sytuacjach pozbawionych domknięcia poznawczego nie będzie gotów rozważać równocześnie wielu hipotez sytuację tę wyjaśniających. Racjonalność – rozumiana jako pewien wzorzec poprawnego, nonfundacjonistycznego rozumowania – nie ma tu szans w starciu z potężnym mechanizmem motywacyjnym. (Dodajmy na marginesie, że również osoby o bardzo małej potrzebie domknięcia poznawczego nie będą zachowywać się racjonalnie; będą one w nieskończoność formułować nowe hipotezy i w dowolny sposób zmieniać akceptowaną przez siebie wizję świata).

Trudno oprzeć się wrażeniu, że obie skrajne strony sporu o relację między nauką a wiarą – zarówno ci, którzy podają w wątpliwość najważniejsze teorie współczesnej nauki jako „niezgodne” z wyznawaną przez nich religią, jak i ci, którzy odrzucają wszelką religię w imię wiary w to, że nauka wyjaśnia wszystko – cechują się wysokim poziomem potrzeby domknięcia poznawczego. Tylko z tej perspektywy można zrozumieć, dlaczego i jedni, i drudzy kurczowo trwają przy raz przyjętej konceptualizacji świata. Łatwiej jest uznać, że teoria ewolucji jest fałszywa – albo, delikatniej nieco, że jest „tylko teorią”, jak często twierdzą zwolennicy doktryny inteligentnego projektu – niż pójść za wezwaniem św. Augustyna, który nakazuje reinterpretację Pisma Świętego w miejscach, gdzie jest ono jawnie sprzeczne z dobrze potwierdzonymi ustaleniami nauki. Łatwiej jest też uznać, że nauka wyczerpuje wszystko, co powiedzieć możemy o świecie, niż dostrzec i rozważać tajemnice, w obliczu których stawiają nas niezwykłe sukcesy naukowców.

Pomieszanie autorytetów

Wbrew temu, co się dziś często powtarza, żyjemy w dobie autorytetów. Nie może być inaczej: w obliczu ogromu wiedzy, którą ludzkość dotąd zgromadziła, nikt nie może znać się na wszystkim. Dlatego chodzimy do szkoły i studiujemy, sięgamy do podręczników i encyklopedii, słuchamy wykładów specjalistów. To biologowie, a nie historycy znają się na teorii ewolucji; prawnik wie więcej o legislacji, niż absolwent uczelni rolniczej; o wierze lepiej rozmawiać z teologiem niż z muzykiem rockowym. Autorytet jest ogromnym sprzymierzeńcem w naszych próbach rozumienia świata, ale źle używany lub nadużywany, staje się niebezpiecznym narzędziem.

Wedle Józefa Marii Bocheńskiego odróżniać należy dwa rodzaje autorytetów: epistemiczny i deontyczny. Ten pierwszy zdefiniować można w następujący sposób: „P jest autorytetem epistemicznym dla A w dziedzinie D wtedy i tylko wtedy, gdy A w zasadzie uznaje za prawdziwe każde zdanie, które mu zostało zakomunikowane przez P w sposób twierdzący, a które należy do dziedziny D”. Innymi słowy, autorytetem epistemicznym jest ktoś, kto jest specjalistą w danej dziedzinie, a przez to mamy podstawy, by akceptować jego twierdzenia tej dziedziny dotyczące. Z kolei autorytetem deontycznym jest osoba, która ma cechy sprawiające, że uznajemy głoszone przez nią zasady postępowania (dyrektywy). Autorytet deontyczny ma charakter formalny (gdy to przepisy prawa lub inne normy wymagają od nas posłuchu dla kogoś) lub faktyczny (gdy to czyjaś postawa sprawia, że uznajemy głoszone przezeń dyrektywy postępowania).

Z powyższego odróżnienia wynikają istotne konsekwencje praktyczne. To, że ktoś jest specjalistą w zakresie ekonomii, psychologii czy procedury sądowej oznacza, że możemy go uznać za autorytet epistemiczny w danej dziedzinie. Innymi słowy, mamy pełne prawo zaakceptować poczynione przezeń ustalenia faktyczne. Osoba taka nie jest jednak autorytetem poza swoją dziedziną; nie staje się także „automatycznie” autorytetem deontycznym. Fakt, że ktoś jest znanym profesorem, nie oznacza sam w sobie, iż powinniśmy postępować tak jak on nam zaleca. Oczywiście może się zdarzyć, że wybitny naukowiec wykazuje taką postawę moralną, że stanowi wzór godny naśladowania, albo jest naszym przełożonym w pracy – wtedy może być dla nas autorytetem deontycznym, ale nie ma to żadnego związku z jego specjalistyczną wiedzą.

Największe nieporozumienia związane z rozważanym przez nas pojęciem pojawiają się wtedy, gdy miesza się rodzaje autorytetów. Gdy wybitny filolog klasyczny, znakomitość w dziedzinie antropologii kulturowej i jeden z najbardziej znanych historyków filozofii starożytnej podpisują się pod petycją w sprawie budowy elektrowni atomowej, mają oczywiście do tego prawo. Ale czynią to jako „zwykli Kowalscy”, ich głos nie waży więcej niż przeciętnego obywatela.

Takie pomieszanie autorytetów jest typowe dla dyskusji wokół wzajemnych relacji między nauką i wiarą. Fakt, że ktoś jest wybitnym biologiem ewolucyjnym lub kosmologiem nie sprawia, że zna się na teologii i filozofii; podobnie teolog, bez odpowiedniego wykształcenia przyrodniczego, mówiąc o ewolucji czy kosmologii nie będzie żadnym autorytetem. Oczywiście zwykle sytuacja nie jest aż tak prosta. Z jednej strony uczestnicy dyskusji wokół relacji nauka–wiara, nawet jeśli nie mają formalnego wykształcenia w danej dziedzinie, często są nieźle przygotowanymi amatorami. Z drugiej zaś – wszelkie koncepcje naukowe, czy to teoria ewolucji, czy ogólna teoria względności, powiązane są ściśle z rozmaitymi kwestiami filozoficznymi. Ta filozoficzna otoczka tak głęboko tkwi w praktyce naukowej, że trudno odmówić uczonym prawa do jej komentowania. Nie chodzi nam zatem o precyzyjny rozdział kompetencji, ale o świadomość metodologiczną: jeśli ktoś wychodzi poza swoją dziedzinę, rozsądnie jest rygorystycznie kontrolować jego tezy i nie traktować go za uniwersalny autorytet.

Problem w tym, że – jak pokazują badania – wysoka potrzeba domknięcia poznawczego skorelowana jest dodatnio z autorytaryzmem. Wśród różnych typów osobowości psychologowie wyróżniają „osobowość autorytarną”. Osoby tego typu mają „skłonność do przesadnej uległości wobec autorytetów i konformizmu oraz zamiłowania do zewnętrznych oznak siły w połączeniu z wrogością i potępieniem mniejszości (etnicznych, kulturowych, seksualnych)”. Osoba autorytarna nie musi oczywiście dążyć do stania się autorytetem – wręcz przeciwnie, postrzega świat bardzo schematycznie, a podczas oceny zjawisk czy uzasadniania własnego postępowania posiłkuje się czyimś autorytetem. Charakteryzuje się również idealizowaniem grupy, do której należy, i stereotypowym myśleniem na temat ludzi spoza tej grupy. Osoby o wysokiej potrzebie domknięcia wykazują zwykle tę właśnie cechę, przejawiającą się w tendencji do upraszczania i poddawania się autorytetom.

Tłumaczy to, dlaczego przeciwnicy religii z takim zapałem powtarzają tezy Dawkinsa, a zwolennicy doktryny Inteligentnego Projektu – Dembskiego. W istocie rzeczy osoby te podporządkowują się cudzym przekonaniom, przyjmując je niemal automatycznie za własne. Co więcej, wysoka potrzeba domknięcia oraz autorytaryzm nie są „zbyt wybredne” jeśli chodzi o wybór autorytetu. Wyjaśnia to mieszanie autorytetu epistemicznego z deontycznym oraz ekstrapolację autorytetu w którejś z dziedzin – np. zoologii – na inne dziedziny z filozofią i teologią włącznie. Wysoka potrzeba domknięcia poznawczego i osobowość autorytarna sprzyjają nieuprawnionemu „pomieszaniu autorytetów”.

Syndrom oblężonej twierdzy

Do komponentów autorytaryzmu należą postawy antyspołeczne oraz agresja skierowana wobec osób spoza grupy – takich, które nie podporządkowują się autorytetowi albo normom grupowym. Zwykle przejawia się to w kontekście mniejszości etnicznych czy seksualnych, ale w szerszej perspektywie dotyczy wszystkich osób przyjmujących inny obraz świata.

Badania wykazały również, że zwiększona potrzeba domknięcia wiąże się z uproszczonym pojmowaniem źródeł antagonizmów, co przejawia się w dostrzeganiu argumentów tylko jednej ze stron, a także stosowaniu agresywnych rozwiązań w przezwyciężaniu sporu. Przykładowo, osoby charakteryzujące się wysokim poziomem potrzeby domknięcia skłonne były do zbrojnego rozwiązania konfliktu („zimna wojna”) na linii Wschód–Zachód, dzieląc jednoznacznie strony sporu na wrogów i przyjaciół. Wspomnieć trzeba jednak, że tendencja do konfrontacyjnego i agresywnego rozwiązywania konfliktów nie jest specyficzna wyłącznie dla jednostek z wysokim poziomem potrzeby domknięcia, ale dla „osób charakteryzujących się uproszczoną wizją świata w ogóle”, co wiąże się z działaniem różnego rodzaju psychologicznych mechanizmów tradycyjnie wiązanych ze sztywnością poznawczą.

Prócz trwałej motywacji, tendencja do takich zachowań nasila się dodatkowo pod wpływem czynników sytuacyjnych – „syndrom oblężonej twierdzy” obserwować możemy np. w obliczu referatu specjalisty w dziedzinie biologii ewolucyjnej albo teologa, który wykazuje błędy doktryny inteligentnego projektu. Ewolucjonista jest w stanie pokazać, że mechanizmy doboru naturalnego i płciowego generują złożone struktury biologiczne bez „boskiego planu”, zaś teolog przekonywać może, że kreacjoniści (w tym zwolennicy inteligentnego projektu) korzystają z uproszczonego ujęcia Boga. Taki stan rzeczy prowadzi często do agresji słownej (np. w komentarza internetowych), który wyjaśnić można w kategoriach sprzeniewierzenia się autorytetowi – np. literalnie pojmowanemu Pismu Świętemu.

* * *

Jesteśmy przekonani – i próbowaliśmy to wykazać – że skrajne postawy w dyskusji na temat relacji między nauką a wiarą wynikają z wysokiej potrzeby domknięcia poznawczego, skorelowanej z tendencją do zawierzania autorytetom i agresją w relacjach społecznych. Szczególnie ciekawe jest, że zarówno radykalni obrońcy religii, odrzucający ustalenia nauki, jak i jej skrajni przeciwnicy, zdają się mieć tę samą konstrukcję psychiczną. Jedni i drudzy to homines fundamentales. Trudno też uciec od smutnego wniosku, że wobec działania tak silnych mechanizmów psychicznych niewiele można zrobić. Najlepszą receptą byłoby „myśleć na własny rachunek”, ale obawiamy się, że jej realizacja pozostaje jedynie w sferze pobożnych życzeń.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz