Między terapią a mentalnym fitnessem

Między terapią a mentalnym fitnessem

02.08.2015
Czyta się kilka minut
Medytacja przestała być tylko domeną religii i duchowości. Stała się częścią nauki i psychoterapii. Co uleczy, a na co nie pomoże?
Fot. GETTY IMAGES
N

Naukowcy, powtarzając, że „lepiej jest być Buddą niż buddystą”, zaczęli badać, czy da się wykorzystać medytację w terapii zaburzeń psychicznych u rozmaitych grup pacjentów, a nawet, wspomagająco, w leczeniu różnych chorób somatycznych.

Ostatnio fundacja Wellcome Trust, zajmująca się promocją zdrowia i badaniami biomedycznymi, ogłosiła, że przeznaczy 6,4 mln funtów na badania poświęcone wpływowi tzw. uważności (mindfulness) na zdrowie psychiczne 7 tys. nastolatków. Mają przeprowadzić je neuronaukowcy i psycholodzy z University of Oxford oraz University College London. Naukowcy uważają bowiem, że popularyzacja medytacji uważności wśród dzieci może przynieść tyle dobrego dla ich zdrowia psychicznego, ile korzyści dało wzbogacanie wody fluorem w walce z próchnicą.
Skąd ten entuzjazm?

Sposób na cierpienie?

Owa praktyka uważności stała się obecnie dominującym paradygmatem w naukowych badaniach medytacji. Tym wspólnym mianem określa się zazwyczaj trzy rodzaje praktyk: skupienie uwagi (koncentrację), otwartą obserwację (uważność jako taką) oraz medytację miłującej dobroci i współczucia.

Koncentracja to, najogólniej mówiąc, uwaga skierowana nie na siebie, czyli na stany swego umysłu i ciała, ale „poza siebie” – np. na jakieś słowo, przedmiot itp. Uważność natomiast to „pełna akceptacji świadomość bieżącego doświadczenia” – tego, co się dzieje we mnie i wokół mnie. Badania neurobiologiczne sugerują, że kompetencje psychiczne rozwijane za pośrednictwem owych trzech typów medytacji są funkcją zazębiających się, lecz odrębnych procesów mózgowych. Utrwalone wcześniej funkcje mózgu mogą nawet określać przyczyny, dla których dana osoba preferuje dany typ medytacji. Elementem wspólnym wszystkich tych praktyk jest główna rola otwartej świadomości następujących po sobie chwil.

W podręcznikach psychoterapii można się spotkać z podejściem, według którego uważność stała się samodzielnym modelem terapeutycznym i uważana jest za jeden z mechanizmów działania w procesie leczenia. Bazują na niej metody terapeutyczne, z których z kolei wywodzi się wiele podejść terapeutycznych, dostosowanych do specyficznych zaburzeń i problemów. Łączy je wspólne założenie, że w psychoterapii nie tyle – albo nie tylko – chodzi o modyfikację dysfunkcjonalnych przekonań czy zachowań, albo o badanie nieświadomości, ale o zmianę relacji osoby do jej własnego cierpienia – do bolesnych i niechcianych myśli, doznań i emocji.

Cierpienie emocjonalne przybiera różne formy, ale zwolennicy podejścia opartego na uważności twierdzą, że źródłem większości form cierpienia psychicznego jest jego unikanie. Tak więc to te sprawy, od których świadomie bądź nieświadomie usiłujemy uciec, są przyczyną naszych problemów. Nazywa się to „unikaniem nawykowym”. Obejmuje ono wszystko, co robimy, aby pozbyć się uczucia dyskomfortu, blokując je, unikając, zaprzeczając mu lub je uśmierzając. Nie ma w tym nic złego, bo nie chodzi o kultywowanie masochizmu. Problem jednak w tym, że większość rzeczy, które pomagają nam szybko poczuć się lepiej, na dłuższą metę sprawia, że czujemy się dużo gorzej.

Mity o medytacji

Fala entuzjazmu związanego z możliwościami medytacji powinna być jednak powściągana. Pomimo wynikających z niej korzyści, zarówno w profilaktyce, jak i w leczeniu konkretnych objawów, medytacja nie jest lekarstwem na wszystko. A nawet sama może się stać problemem.

W niedawno opublikowanej monografii poświęconej medytacji i jej skutkom psycholodzy Miguel Farias i Catherine Wikholm zidentyfikowali siedem „mitów o medytacji”. A więc po pierwsze, choć medytacja wytwarza stan świadomości, który może być badany eksperymentalnie, istniejące dane wskazują na to, że nie jest to jakiś wyjątkowy stan fizjologiczny.

Po drugie, dane naukowe nie potwierdzają, że medytacja jest skuteczniejsza w czynieniu nas bardziej współczującymi i mniej agresywnymi niż inne praktyki religijne czy duchowe. Badania w tym zakresie obarczone są licznymi wadami – np. większość z nich nie ma adekwatnych grup kontrolnych, nie bierze w należyty sposób pod uwagę oczekiwań uczestników badań bądź nie docenia potencjalnej zależności między medytacją a agresją.

Po trzecie, medytacja uważności nie jest skuteczniejszym środkiem do osiągnięcia zmiany osobowości i wzrostu niż inne formy terapii. Większość badań porównywała medytację ze standardowym leczeniem („treatment as usual”, np. kontaktem z internistą).

Po czwarte, badania nie potwierdzają, że medytacja jest lekarstwem na wszystko i dla wszystkich. Okazało się, że może być techniką redukującą stres u osób zmagających się z poważnymi problemami życiowymi, np. bezrobociem, ale nie ma większego wpływu na osoby z niską podatnością na stres. Bywa skuteczna u osób depresyjnych, które w dzieciństwie doświadczyły traumy czy wykorzystania, ale nie u pacjentów z innymi postaciami depresji. Istnieją pewne dowody na to, że, wraz z jogą, może być szczególnie pomocna dla więźniów, u których rozwija psychologiczny dobrostan. I co ważniejsze – zachęca ich do lepszej kontroli impulsywności.

Po piąte, medytacja może wywołać stres, negatywne emocje, problemy psychiczne i skłonność do przemocy. Większość długoletnich praktyków medytacji doświadcza również jej negatywnych skutków, a u 7 proc. z nich widoczne są poważne objawy psychiatryczne, jak m.in. ataki paniki, omamy, mania i depresja.

Po szóste, badania wskazują, że choć medytacja ma różnorakie oddziaływanie, np. podnosi poziom pozytywnych emocji i redukuje lęk, to nie jest do końca jasne, jak silne i długotrwałe są to zmiany. Niektóre badania pokazały, że medytacja jest skuteczniejsza niż fizyczna relaksacja. Inne jednak, stosując medytację-placebo, zaprzeczyły im.
Brakuje również adekwatnych modeli teoretycznych wyjaśniających, w jaki właściwie sposób medytacja funkcjonuje. Stosując np. jedną z głównych bazujących na niej metod terapeutycznych – terapię poznawczą opartą na uważności (mindfulness-based cognitive therapy, MBCT) – nadal nie mamy pewności, co jest „aktywnym” czynnikiem. Czy to sama medytacja powoduje pozytywne zmiany, czy też fakt, że jej uczestnicy uczą się „wyhamowania” i obserwacji swoich myśli oraz uczuć w grupie dającej im wsparcie?

Po siódme wreszcie, wbrew zapewnieniom uczonych, nie można praktykować medytacji wyłącznie jako naukowej techniki badania czy kontroli umysłu bez odniesień do jej duchowych czy religijnych korzeni. Badania pokazują, że regularna praktyka medytacyjna sprawia, iż praktykujący stają się bardziej uduchowieni, a ten wzrost duchowości po części odpowiada za jej pozytywne efekty psychologiczne, a więc zdrowotne. Nie wiadomo więc, czy znaturalizowane modele medytacji są tak odporne na wymiar duchowy, jak twierdzą naukowcy i sympatycy jej bezreligijnej wersji.

McMindfulness

Jedną z niebezpiecznych iluzji na drodze duchowego rozwoju jest uwierzenie, że nie ma w nas „cienia” przed czy po „oświeceniu”, albo że istnieje jakaś technika duchowa, która pozwoli nam pozbyć się go raz na zawsze. Medytacja nie jest mentalnym fitnessem. Historie zaawansowanych w medytacji nauczycieli (np. z różnych szkół buddyzmu czy hinduizmu), którzy dopuścili się nadużyć w stosunku do swoich uczniów, pokazują, że nie istnieje wiarygodna korelacja między tym, co wygląda jak efekty lat intensywnej praktyki i jej zaawansowania, a przemianą charakteru, która może gwarantować, że nie pojawią się zachowania problematyczne. Okazuje się, że wcale nie trzeba przepracować swoich problemów emocjonalnych, żeby doświadczyć kensho (wglądu/oświecenia), a medytacja nie daje gwarancji, że ten, kto ją praktykuje, upora się ze wszystkimi problemami.

Autentyczna praktyka duchowa pokazuje nam, że nigdy nie będziemy wolni od pożądań i kłopotów, od tego wszystkiego, co czyni nas ludźmi. Nigdy nie będziemy całkowicie oczyszczeni. „Jesteśmy bardziej ludźmi niż czymkolwiek innym” – mawiał amerykański psychoanalityk Harry Stack Sullivan – i medytacja może wywołać lub nasilać pewne problemy na poziomie bezpośredniego doświadczenia lub na poziomie systematycznej praktyki.
Traktowanie medytacji jako „sekretnej praktyki” uwalniającej od problemów emocjonalnych poprzez ich wyparcie bądź spirytualizację kończy się fatalnie dla naszego zdrowia i otoczenia. Duchowa praktyka z „cieniem” polega nie na szukaniu doskonałości utożsamionej z pozbyciem się ludzkiego bagażu, lecz na poszukiwaniu integralności między duchem i ciałem, przyjemnością i cierpieniem. Stajemy się wtedy bardziej (a nie mniej!) ludzcy.

Medytacja sprowadzona do „mentalnej kosmetyki” (McMindfulness) pogłębia jedynie nasz narcyzm, a nie czyni ludźmi wolnymi, ani świata lepszym. Z badań wynika, że medytacja będzie z większym prawdopodobieństwem skuteczna przy redukcji stresu niż przy kwestiach związanych z relacjami, a zmiana osobowości „nie jest przeznaczeniem, jest podróżą” i zazwyczaj nie ma charakteru linearnego.

Wniosek? Nie uzależniajmy się od samej medytacji, tylko pracujmy nad sobą, a z medytacji korzystajmy tak, żeby pomagała osiągnąć ten cel, nie stając się idolem. ℗

Korzystałem z: Ch.K. Germer, R.D. Siegel, P.R. Fulton (red.) „Uważność i psychoterapia”, Wyd. UJ, Kraków 2015; M. Farias, C. Wikholm, „The Buddha Pill. Can Meditation Change You?”, Watkins, London 2015; J. Prusak SJ „Duchowość Cienia”, „Medytacja. Dla Kogo? Po Co? Jak?”, nr 1/2015, s. 101-103.

JACEK PRUSAK SJ jest adiunktem w Katedrze Psychopatologii i Psychoprofilaktyki AIK i redaktorem „TP”.
Artykuł powstał w ramach realizowanego przez Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych projektu „Science for Ministry in Poland”, sponsorowanego przez Fundację Johna Templetona. Wszystkie teksty z cyklu „Nauka i religia” czytaj w serwisie www.NaukaiReligia.pl

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Jezuita, teolog, psychoterapeuta, publicysta, doktor psychologii. Prorektor Akademii „Ignatianum” w Krakowie, gdzie jest także adiunktem w Instytucie Psychologii. Członek redakcji „...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Pewnie, że medytacja/kontemplacja (a jest niemalże bezmiar rozmaitych jej odmian) sama w sobie celem nie jest. Celem tej praktyki jest poznanie prawdy ostatecznej, wyzbycie się fałszywych poglądów o sobie i przejawiającej się rzeczywistości, a nie np. błogostany, których, w wyniku dłuższego treningu, często doświadczają medytujący.

w tekście napisano: "Większość długoletnich praktyków medytacji doświadcza również jej negatywnych skutków.a u 7 proc. z nich widoczne są poważne objawy psychiatryczne, jak m.in. ataki paniki, omamy, mania i depresja." - jak to rozumieć ? Czy medytacja zatem mozę być niebezpieczna dla zdrowia psychicznego ?>

http://sasana.pl/zanim-uwaznosc-mindfulness-stala-sie-modna
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz