Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Nie za bardzo inteligentny Inteligentny Projekt

Nie za bardzo inteligentny Inteligentny Projekt

24.12.2014
Czyta się kilka minut
Zwolennicy creation science bardzo często przeciwstawiają Bogu „czysty przypadek”. Wszechświat został stworzony przez Boga, czy powstał na mocy czystego przypadku? Czego nie dostrzegają religijni fundamentaliści?
P

Początki amerykańskiego fundamentalizmu religijnego wiążą się z postacią Ellen White (1827-1915), wizjonerki i założycielki religijnej grupy Adwentystów Dnia Siódmego. W roku 1864, pięć lat po opublikowaniu O pochodzeniu gatunków Karola Darwina, w opisie swoich wizji White wyznała, że była świadkiem stworzenia świata, które trwało taki sam tydzień jak każdy inny. Na początku XX w. adwentysta i geolog samouk George McCready Price przedstawił wizję Ellen White odnoszącą się do potopu w postaci quasi-naukowej, co także stało się z czasem przedmiotem licznych dyskusji. Początkowo jednak poglądy te nie miały większego wpływu w Ameryce. Nawet wśród konserwatywnie nastawionych grup protestanckich pojawienie się teorii Darwina nie wywołało ostrzejszych reakcji. Sytuacja zmieniła się dzięki pewnemu historycznemu zbiegowi okoliczności.

W latach 1835-1836 ukazała się w Niemczech dwutomowa książka Davida Friedricha Straussa pt. Das Leben Jesu, kritisch bearbeitet demitologizująca historię Jezusa opisaną w Ewangeliach. Gdy książka ta dotarła do Stanów Zjednoczonych, wywołała burzliwy ferment. Z jednej strony, idąc za Starussem, proponowano „zdemitologizowaną” w nieco naiwny sposób religię, z drugiej strony, uznano „krytyczną teologię” za śmiertelne zagrożenie dla religii. Nic dziwnego, że powstała przeciwko niej fala zdecydowanej reakcji.

W celu przeciwstawienia się temu niebezpieczeństwu kościoły protestanckie w Stanach Zjednoczonych zorganizowały w latach 1878-1897 cykl konferencji pod wspólną nazwą „Niagara Bible Conference”, których celem było określenie tych prawd, które są „fundamentalne” dla wiary chrześcijańskiej. W tym celu ukazało się obszerne wydawnictwo (12 tomów) pt. The Fundamentals (finansowane przez braci Lymana i Miltone’a Stewartów). Głównym celem tej publikacji była walka z „modernizmem”, tzn. z naturalistycznymi interpretacjami nawiązującymi do niemieckiego krytycyzmu biblijnego. Autorzy występujący w tej serii nie prezentowali jednolitego stanowiska wobec teorii ewolucji: obok głosów zdecydowanej krytyki były też opinie łagodne, a nawet sprzyjające ideom ewolucyjnym. Adwentyści nie zostali nawet zaproszeni do udziału w projekcie The Fundamentals, jednakże to właśnie ich silnie antyewolucyjne poglądy zaszczepiły się z czasem na gruncie amerykańskim. Około roku 1920, nawiązując do projektu The Fundamentals, religijno-konserwatywne poglądy zaczęto w Ameryce nazywać fundamentalizmem. Tak zwany naukowy kreacjonizm stał się ich częścią.

Do utrwalenia się antyewolucyjnych poglądów w Stanach Zjednoczonych przyczyniło się także wykorzystywanie teorii Darwina do uzasadniania rozmaitych „eugenicznych koncepcji”. Gdy na przykład w 1927 r. w stanie Virginia sąd nakazał sterylizację Carrie Buck wbrew jej woli z powodu jej opóźnienia umysłowego (feebleminded), uznano, iż stało się to w imię ewolucyjnej strategii „doboru naturalnego”. Wielu również dopatrywało się idei ewolucyjnych u podstaw odradzania się niemieckiego militaryzmu, który doprowadził do I wojny światowej.

Małpie procesy

Wkrótce w kilku stanach, wśród nich w stanie Tennessee, lokalne parlamenty wydały zakaz uczenia w szkołach czegokolwiek, „co by sprzeciwiało się historii Boskiego stworzenia człowieka, jak naucza Biblia”. W 1925 r. w Dayton, w stanie Tennessee, odbył się słynny „małpi proces” (monkey trial), który urósł do rangi symbolu walki postępu z religijnym obskurantyzmem. Nauczyciel John Scopes został oskarżony o złamanie prawa zakazującego uczyć w szkołach teorii ewolucji. Gdy podczas procesu jego obrońca Clarence Darrow przedstawił ekspertów, którzy mieli poświadczyć, że teoria ewolucji jest teorią naukową, sąd ten argument oddalił, twierdząc, że przedmiotem rozprawy nie jest orzeczenie, czy teoria ewolucji jest prawdziwa, czy nie, lecz czy prawo zakazujące uczyć teorii ewolucji zostało przekroczone, czy nie. Wówczas Darrow uciekł się do ośmieszenia obrońcy stanu Tennessee Williama Bryana, któremu bez trudu wykazał ignorancję podstawowych problemów biblijnych. Sąd skazał Scopesa na 100 dolarów grzywny. Tydzień po wyroku William Bryan umarł.

Darrow o tyle był zadowolony z wyroku, że w celu nadania sprawie rozgłosu zamierzał odwołać się do Sądu Najwyższego. Tymczasem wyższa instancja sądu w stanie Tennessee dopatrzyła się formalnych uchybień w procesie i wyrok uchyliła. Odwołanie stało się niemożliwe.

Kilka innych stanów poszło w ślady stanu Tennessee. Teoria ewolucji praktycznie znikła z podręczników szkolnych. Społeczeństwo amerykańskie, zwłaszcza jego niższe klasy, popierało te tendencje. Dopiero około roku 1960 sytuacja zaczęła się zmieniać. Przede wszystkim sama teoria ewolucji okrzepła. Stało się już jasne, że nowoczesna biologia bez tej teorii jest nie do pomyślenia. Szybko rozwijająca się genetyka dostarczyła nowych argumentów i wraz z teorią ewolucji stworzyła trzon nauk o życiu. W Stanach Zjednoczonych może bardziej niż w innych krajach sytuacja w nauce zależy od polityki. W latach 60. zimnowojenny wyścig zbrojeń i dominacja Związku Radzieckiego w badaniu Kosmosu postawiły przed władzami problem słabości amerykańskiej edukacji. Zagadnienie nauczania teorii ewolucji ponownie wróciło do centrum uwagi.

Tym razem problem zaczął iskrzyć od innej strony. Prawna wykładnia tzw. Pierwszej Poprawki (The First Amendment) do amerykańskiej konstytucji nakazywała ścisłą neutralność szkolnego nauczania w stosunku do wszelkich religii. Ponieważ zakazy nauczania teorii ewolucji wynikają z motywów religijnych, powinny być uznane za niezgodne z konstytucją. Dyskusja na ten temat stała się gorąca, gdy nauczycielka biologii Susan Epperson w 1968 r. wystąpiła sądownie przeciwko stanowi Arkansas z oskarżeniem m.in. o to, że ustawodawstwo tego stanu gwałci jej prawo do wolności wypowiedzi, zakazując jej uczyć teorii ewolucji. Rozpoczął się kolejny spektakularny proces, który media nazwały „Scopes II”.

Jednakże proces przeciwko stanowi Arkansas bardzo różnił się od procesu przeciwko Johnowi Scopesowi. Przeciwnicy teorii ewolucji musieli teraz wykazać, że ich wersja początków życia nie jest doktryną religijną. Przyjęli oni strategię wypracowaną przez studenta prawa na uniwersytecie w Yale Wendella Birda. Napisał on w 1978 r. artykuł w „Yale Law Review”, w którym domagał się równego traktowania („równego czasu” w programach) dla teorii ewolucji i creation science (tak nazwał literalnie rozumianą biblijną wersję początków). Z kolei organizacja American Civil Liberties Union (ACLU), która już od czasów procesu w Tennessee zaangażowała się w obronę nauki przed antyewolucjonistami, zmobilizowała najlepszą firmę prawniczą z Nowego Jorku oraz wielu wybitnych ekspertów, którzy mieli wystąpić w procesie.

Nastąpiła rzecz kuriozalna: sąd miał rozstrzygnąć, która z dwu koncepcji (a może obie) jest teorią naukową. Jak wiadomo, w filozofii nauki toczą się niekończące się dyskusje na temat kryteriów naukowości, a teraz decyzja była w ręku sędziego (ciekawe, czy wiedział on o tych kontrowersjach...). Jako świadkowie oskarżenia, czyli w obronie teorii ewolucji, występowali m.in. biskupi i teologowie katoliccy, prezbiterianie, metodyści i inni. Proces obfitował w epizody, które stały się sensacyjną pożywką dla prasy. Znany teolog, profesor uniwersytetu w Chicago, Langdon Gilkey w pewnym punkcie swojego zeznania oświadczył, że z punktu widzenia teologii chrześcijańskiej Akt 590, na podstawie którego zakazuje się w stanie Arkansas uczenia w szkołach teorii ewolucji, jest herezją, traktując bowiem creation science jako naukę świecką, nie wiadomo, czy Istota, która stworzyła świat i organizmy żywe z niczego, jest Bogiem judeochrześcijańskiej tradycji, czy jakąś ślepą i bezwzględną siłą, jak głosili gnostycy i herezja Marcjona w okresie wczesnego chrześcijaństwa. Obrona oczywiście odpowiedziała, że creation science jest nauką świecką, a nie religijną i to, czy jest herezją, czy nie, nie ma dla procesu żadnego znaczenia.

W obronie teorii ewolucji występowali znani uczeni, tacy jak: Jay Gould, Francisco Ayala, Michael Ruse. Wśród świadków obrony znalazł się tylko jeden uczony o znanym nazwisku, Chandra Wickramasinghe. Występował on przeciwko teorii Darwina, ponieważ utrzymywał, że życie jest zjawiskiem powszechnym w Kosmosie i właśnie z Kosmosu Ziemia została „zainfekowana” życiem. Nie miał on natomiast niczego do powiedzenia w obronie creation science. Prawdopodobnie został powołany na świadka przez przeciwników ewolucji tylko dlatego, że uważali oni, iż każdy, kto jest przeciw Darwinowi, musi być za creation science. Ayala uznał za stosowne pouczyć w tej kwestii adwokata Davida Williamsa.

- Młody człowieku – zwrócił się do niego – krytyka ewolucji, nawet jeśli bywa uzasadniona, jest całkowicie bez znaczenia dla uzasadnienia creation science. Z pewnością pan zauważa, że nie każdy, kto nie jest panem Williamsem, musi być panem Ayalą.

Sędzia William Overton w wyroku nie tylko unieważnił Akt 590, lecz również orzekł, że creation science nie jest nauką.

Tymczasem batalia przeniosła się do Luizjany. I tym razem prawnikiem, który stał się głównym motorem sprawy creation science, był Wendell Bird. W stanie Luizjana odpowiednik Aktu 590 nosił nazwę Balanced Treatment Act. Nakazywał on traktować ewolucję i creation science „w sposób zrównoważony” i przedstawiać obie doktryny „jako teorie, a nie dowiedzione fakty naukowe”. Bird usiłował doprowadzić do spektakularnego procesu. Chociaż jednak formalnie do procesu nie doszło, decyzje sędziów były nieprzychylne dla Birda. Rozczarowany prawnik wniósł sprawę do Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych.

Rozprawa odbyła się w grudniu 1987 r. Bird przedstawił kilku ekspertów wywodzących się głównie z lokalnych college’ów. ACLU przeciwstawiła im duże gremium uczonych najwyższej rangi. Amerykańska The National Academy of Sciences i siedemnaście stanowych akademii nauk przysłało pisma popierające. Wpłynął także dokument podpisany przez siedemdziesięciu dwu laureatów Nagrody Nobla. Pomimo ogromnej elokwencji i prawniczej erudycji Birda sprawa była dla niego przegrana. Sąd Najwyższy orzekł, że prawo Luizjany nakazujące „równe traktowanie” kreacjonizmu i teorii ewolucji jest niezgodne z konstytucją, szkodzi edukacji i stanowi doktrynę religijną. Na dziewięciu sędziów dwóch złożyło votum separatum. Z prawnego punktu widzenia sprawa była w zasadzie zakończona. W zasadzie – bo życie bywa bogatsze od przepisów.

Pseudonauka w nowym wydaniu

Jeżeli antyewolucjonizm miał mieć wstęp do publicznych szkół amerykańskich, musiał koniecznie wystąpić w postaci, której nie można by utożsamić z jakąkolwiek doktryną religijną. Wersja kryjąca się pod nazwą creation science okazała się nieskuteczna. Propagatorem nowego ruchu był Philip Johnson, profesor prawa w prestiżowej szkole prawniczej Boalt Hall na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, a sloganem tego ruchu stało się określenie Intelligent Design (ID), co najczęściej oddaje się polskim „Inteligentny Projekt”.

Johnson zmienił także taktykę. Swoje ataki skierował nie tyle przeciwko teorii ewolucji, ile raczej przeciwko naukowemu naturalizmowi. Jak długo naturalizm jest metodologicznym założeniem nauki, tak długo argumenty odwołujące się do Boga nie mają szans. Ale w walce z naturalizmem nie odwoływał się do religijnych argumentów, lecz do złożonych zjawisk w przyrodzie, których – jego zdaniem – nie daje się wyjaśnić naturalnymi przyczynami (np. za pomocą teorii ewolucji). Są one zatem śladami Inteligentnego Projektu kryjącego się u podstaw funkcjonowania przyrody.

Tym razem wokół Johnsona skupiło się grono intelektualistów, do których należą m.in. matematyk i filozof William Dembski, biochemik Michael Behe, biologowie Dean Kenyon i Jonathan Wells. W Seattle powstał The Discovery Institute, który odgrywa rolę „naukowego zaplecza” całego ruchu.

Kolejna sprawa wybuchła, gdy w listopadzie 2004 r. lokalne władze szkolne w Dover, stan Pensylwania, wydały zarządzenie, że nauczyciel ma obowiązek przed lekcją biologii (w 9. klasie systemu amerykańskiego) od- czytać specjalne oświadczenie. Stwierdza się w nim, że teoria Darwina, z którą uczniowie się zapoznają, jest teorią, a nie faktem, i że w tej teorii istnieją luki, których teoria nie wyjaśnia. Innym wyjaśnieniem początków życia jest Inteligentny Projekt. Zainteresowani tą koncepcją mogą się z nią zapoznać w książce Of Pandas and People.

Organizacja ACLU wystąpiła sądownie przeciwko temu zarządzeniu. Ponieważ creation science była już zakazana przez prawo, należało teraz rozstrzygnąć, czy ID jest zamaskowaną formą tej ideologii i czy książka Of Pandas and People propaguje kreacjonizm, czy nie. I tym razem przebieg procesu był bardzo niekorzystny dla obrońców ID. Podczas procesu okazało się, że wśród członków zarządu szkolnictwa było wielu zwolenników creation science. Szef komitetu odpowiedzialnego za programy, William Buckingham, zaprzeczał, jakoby był zwolennikiem kreacjonizmu, ale wielu świadków, a także artykuły z codziennej prasy świadczyły o czymś innym. A gdy oświadczył, że nie wie, skąd się wzięły fundusze na zakup Of Pandas and People, okazało się, iż sam zbierał pieniądze na ten cel w swoim kościele. Książka ta była prezentowana jako podręcznik Inteligentnego Projektu, a nie jako ukryta propaganda creation sciene, ale wkrótce wydało się, że pierwsze wydania tej książki argumentowały wprost na rzecz creation science, a w późniejszych wydaniach stare terminy po prostu zastąpiono nowymi (odpowiadającymi ID), pozostawiając resztę bez zmian.

Przebieg procesu był tak niekorzystny dla ID, że Discovery Institute w Seattle zdystansował się od całej sprawy. Sędzia Jones w wyroku podkreślił, że ID jest niczym innym jak tylko kontynuacją strategii stosowanej przez zwolenników poprzednich form kreacjonizmu.

Bóg czy czysty przypadek?

Zwolennicy creation science bardzo często przeciwstawiają Bogu „czysty przypadek” (pure chance). Czy Wszechświat został stworzony przez Boga, czy powstał na mocy czystego przypadku? – to pytanie w różnych postaciach wyskakuje na wielu internetowych stronach, jeżeli tylko w wyszukiwarce napisać odpowiednie słowo wywoławcze. Z reguły pytanie to ma wydźwięk pytania retorycznego, bo czy tak piękny i skomplikowany Wszechświat mógł powstać drogą przypadku? W poglądach zwolenników Inteligentnego Projektu strategia uległa zmianie: nie głosi się wprost, że przypadek sprzeciwia się Bogu, lecz że przypadkiem nie da się wytłumaczyć złożoności występującej we Wszechświecie. „Nieredukowalna złożoność” (terminologia stosowana przez zwolenników ID) jest śladem, jaki Inteligentny Projektant pozostawił w świecie.

Jak widzieliśmy, przedmiotem ataków propagatorów ID jest zasada naturalizmu zakładana przez oficjalną naukę. Jeżeli za naczelną zasadę metodologiczną nauki przyjmuje się naturalizm, czyli postulat tłumaczenia wszystkiego tylko przez przyczyny naturalne, to Boga (Inteligentnego Projektanta) eliminuje się nie na mocy jakichś argumentów, lecz na mocy założenia, a takie postępowanie jest nienaukowe.

Owszem, to prawda, że jedną z głównych zasad metodologicznych nauki jest naturalizm, ale – jak słusznie zauważa Karl W. Giberson – nie jest on żadnym apriorycznym założeniem w rodzaju aksjomatów w systemie sformalizowanym. Naturalizm przyjmuje się dlatego, że w historii nauki okazał się niezwykle skuteczny, a więc ze względów czysto pragmatycznych. Co więcej, ilekroć w nauce robiono odstępstwa od naturalizmu, zawsze potem okazywało się, że prowadziło to do poważnych błędów.

Jeszcze sprawa terminologii, ale doniosła, ponieważ jej przeoczenie prowadzi do obfitujących w skutki nieporozumień. W tej smutnej historii walki amerykańskiego religijnego fundamentalizmu nastąpiły dwa poważne zawłaszczenia.

W teologii chrześcijańskiej termin kreacjonizm (łac. creatio – stworzenie) był od wczesnej epoki patrystycznej terminem technicznym. Jednym z uświęconych tradycją działów teologii był traktat De creatione (często także zwany De Deo Creatore – O Bogu Stwórcy). Każdy student teologii wiedział, co to jest kreacjonizm, i nie kojarzył z nim żadnych negatywnych znaczeń. Obecnie w popularnym odbiorze kreacjonizm przeciwstawia się ewolucjonizmowi i jest traktowany jako synonim zacofania i antynaukowości. Stanowi to oczywiście następstwo fundamentalistycznej próby przekształcenia kreacjonizmu w pseudonaukową koncepcję zwaną creation science. W ten sposób szlachetny termin creatio został zawłaszczony przez religijnych fundamentalistów i dziś trudno go używać w zwyczajnym teologicznym kontekście bez dodatkowych wyjaśnień i zastrzeżeń.

Drugim takim zawłaszczonym terminem jest Intelligent Design, czyli Inteligentny Projekt. Oczywiście, każdy człowiek wierzący w Boga zdaje sobie sprawę z tego, że stwarzając świat, Bóg miał „inteligentny projekt”, choć z całą pewnością nie należy go rozumieć tak, jak się rozumie np. projekt konstrukcyjny jumbo jeta. Raczej na myśl przychodzi Einsteinowskie the Mind of God – Zamysł Boga – i twierdzenie, że celem nauki jest w gruncie rzeczy nic innego jak tylko odcyfrowanie tego Zamysłu. Dziś nie można już użyć określenia „Inteligentny Projekt” w odniesieniu do stworzenia świata bez natychmiastowych skojarzeń z ideologią Johnsona i Discovery Institute. Ich koncepcja „inteligentnego projektu” stanowi przeciwieństwo tych treści, jakie Einstein zawarł w swoim pojęciu the Mind of God. Einsteinowski Zamysł jest Zamysłem Doskonałym, bez luk i dziur, które by trzeba uzupełniać specjalnymi interwencjami. Intelligent Design wręcz przeciwnie – to, czego nauka nie jest w stanie wyjaśnić, a więc dziury w naszym rozumieniu świata, ma być śladem Inteligentnego Projektu. Nie za bardzo jednak inteligentnego, skoro pozostały w nim luki...

Artykuł zredagowany z fragmentów książki ks. prof. Michała Hellera „Filozofia przypadku. Kosmiczna fuga z preludium i codą”.

Autor artykułu

Kosmolog, filozof i teolog. Profesor nauk filozoficznych, specjalizuje się w filozofii przyrody, fizyce, kosmologii relatywistycznej oraz relacji nauka-wiara. Kawaler Orderu Orła Białego....

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Wbrew pozorom projekt jest niezwykle inteligentny - zamknięty, sam się oczyszczający mikrokosmos w postaci Ziemi zamieszkałej prze inteligentne życie, to rzecz na wskroś genialna. Jedynie wykonanie jest w wielu miejscach sfuszerowane.

Stworzenie czegoś powiązane jest z założeniem istnienia czegoś zanim nastąpiło, stanu początkowego i końca tego zjawiska. Ta idea odbiła piętno również na poglądach naukowych, m.in. wyraźnych w teorii Wielkiego Wybuchu. Jest tak, bo większość ludzi nie potrafi inaczej myśleć o świecie jaki im się w umyśle przejawia.Tylko nieliczni potrafią wyobrazić sobie świat który jest od zawsze, jest nigdy nieustającym procesem, korowodem przyczynowo powiązanych zjawisk bez początku i bez końca.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz