Piękno jest najważniejsze

Piękno jest najważniejsze

07.10.2016
Czyta się kilka minut
Semir Zeki: Jako naukowca interesuje mnie, w jaki sposób ludzkie systemy mózgowe są zaangażowane w postrzeganie piękna. Jest to takie samo zagadnienie - które rozstrzygnąć należy empirycznie - jak pytania o to, w jaki sposób systemy mózgowe odpowiadają za percepcję kolory czy twarzy.
Profesor Semir Zeki (fot. Kamila Zarembska-Szatan)
S

Semir Zeki: Odrzucam średnio co drugą prośbę o wywiad. Dziennikarze zbyt często przeinaczają moje wypowiedzi. Czasem z braku kompetencji, czasem dlatego, że publikacja czegoś w gazecie trafiającej do szerokiego grona odbiorców wymaga chwytliwej story. Opowiadałem kiedyś o swoich badaniach, a potem przeczytałem, że Semir Zeki znalazł w mózgu love spot,komórki miłości”. Oczywiście niczego takiego nie ma…

Łukasz Kwiatek: Nasz wywiad ukaże się w miesięczniku o bogatych tradycjach intelektualnych i filozoficznych. Obejdziemy się bez love spot.

Doskonale, czyli może być poważniej.

Mateusz Hohol: Zbigniew Herbert, polski poeta, w jednym ze swoich najsłynniejszych wierszy zatytułowanym Potęga smaku tłumaczył względami estetycznymi sprzeciw wobec reżimu komunistycznego. Przekonywał, że „estetyka może być pomocna w życiu”. Jego zdaniem „Nie należy zaniedbywać nauki o pięknie”.

Zgadzam się z tymi słowami, piękno jest kluczową częścią naszego życia. Co ciekawe, jest tak ważne, że wydajemy na nie mnóstwo pieniędzy. I dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Gdy biolodzy mówią o pięknie, myślą przede wszystkim o doborze płciowym. Ale to nie jest jedyna funkcja piękna. Są inne – na przykład piękno sztuki czy piękno w matematyce, którego się poszukuje, by poznać strukturę Wszechświata. Niemniej, każde społeczeństwo powinno zrozumieć, że piękno to zjawisko biologiczne. Swego rodzaju pragnienie, które – tak jak każde inne – domaga się zaspokojenia.

Architekci czasem mówią, że piękno ich nie interesuje, bo projektują budynki tak, aby były przede wszystkim użyteczne. Ignorują w ten sposób fundamentalny fakt – że ludzie poszukują piękna. Uważam, że piękno powinno być wręcz przedmiotem polityki społecznej rządów i urzędników. Celem ich wysiłków powinno być również zaspakajanie potrzeby piękna u obywateli.

Ł.K.: Ale czym właściwie jest piękno?

Ja dzielę piękno na dwa typy: biologiczne – piękne twarze, piękne krajobrazy – oraz „sztuczne” – piękne budynki, samochody i inne wytwory człowieka.

Piękno biologiczne jest bardziej odporne na wpływy kulturowe. Na przykład nikt nie uznałby za pięknego kogoś, kto miałby jedno oko umieszczone pięć centymetrów powyżej drugiego. Najpiękniejsza kobieta w Japonii podobałaby się również mężczyznom w Polsce. Istnieją oczywiście specyficzne preferencje, ale kanony biologicznego piękna są u wszystkich ludzi zbliżone. Mamy w mózgach coś w rodzaju wzorca pięknej twarzy czy atrakcyjnego ciała. Ten wzorzec narzuca nam pewne ograniczenia, w tym sensie, że nie podobają się nam twarze o pewnych cechach odbiegających od tego wzorca, np. pozbawione symetrii. Z pewnością nie mamy natomiast w mózgach wzorca pięknego budynku czy pięknego samochodu, dlatego możemy projektować coraz to nowe modele, które cieszą nasze oczy.

Oczywiście tu też są pewne ograniczenia. W połowie XX w. powstał w architekturze nurt nazwany brutalizmem – wznoszono surowe, betonowe budowle, które już wtedy nikomu się nie podobały i nic się w tej kwestii do dzisiaj nie zmieniło. Dlaczego? Ten nurt całkowicie zignorował kanony biologicznego piękna.

Sztuczne” piękno podlega większym wpływom kulturowym. Jeżeli jesteś Eskimosem, możesz uważać, że najpiękniejszym budynkiem na świecie jest igloo. Ale zgaduję, że każdemu z nas tu obecnych bardziej niż wspaniałe igloo podobają się monumentalne katedry. Pewnie podobają się nam one nawet bardziej niż buddyjskie świątynie.

M.H.: Czy mózg różnie reaguje na piękno biologiczne i „sztuczne”?

Zajmuję się ostatnio m.in. badaniem czegoś, co moglibyśmy nazwać chronologią doświadczenia estetycznego. Mam hipotezę, że twarze, ponieważ opierają się na zakodowanym w mózgu wzorcu, swego rodzaju wrodzonym pojęciu piękna, szybciej będą aktywizować korę oczodołowo-czołową (OFC), będącą częścią mózgowego układu nagrody i zaangażowaną w przeżycia estetyczne, niż na przykład podobające się ludziom budynki.

Ł.K.: Gdy mowa o pięknie biologicznym, to fascynujące jest, że my, ludzie, oceniamy jako piękne te same ornamenty – na przykład pawi ogon – które podobają się zwierzętom w obrębie danego gatunku.

W zasadzie nie wiemy, czy samice pawia uważają ogony samców za piękne – na pewno uznają je za atrakcyjne, bo wyewoluowały pod presją doboru płciowego.

M.H.: Sądzi Pan, że istnieje jakieś ewolucyjne pokrewieństwo pomiędzy ludzkimi przeżyciami estetycznymi a tym, co czuje samica pawia, widząc pawi ogon?

Przeżycia estetyczne wiążą się z odczuwaniem przyjemności. Myślę, że mechanizm przyjemności odzywa się również u zwierząt, gdy widzą atrakcyjne ornamenty seksualne. Jednak u ludzi przyjemność związana z przeżyciem estetycznym może mieć specyficzny wymiar. Zainteresowałem się tym niedawno – a jest to kwestia właściwie pomijana w tradycyjnej estetyce czy w filozofii sztuki, choć każdy z nas doświadcza tego na co dzień. Chodzi mi o to, że ludzkie przeżycia estetyczne mogą wiązać się z dwoma bardzo różnymi rodzajami piękna: pięknem radosnym oraz pięknem smutnym czy też bolesnym albo przygnębiającym. Walce Johanna Straussa to przykład piękna radosnego, Pietà Michała Anioła – piękna bolesnego.

Dostałem kiedyś list od studenta z Japonii. Pisał mniej więcej tak: „Nie wiem prawie nic o kulturze chrześcijańskiej. Nie wiem nic o Maryi Dziewicy i Jezusie Chrystusie. Ale pojechałem do Rzymu, zobaczyłem Pietę Michała Anioła i się rozpłakałem. Czy może Pan to wytłumaczyć?”. Nie trzeba mieć wiedzy o chrześcijaństwie, żeby odczytać ból wyryty przez Michała Anioła na twarzy Maryi. W ogóle uważam, że Pietà to naprawdę niezwykłe dzieło. Nikt nigdy nie zrobił niczego podobnego…

Ł.K.:  Karierę akademicką zaczął Pan od badania kory wzrokowej.

Tak, to były typowe badania neuroanatomiczne. W tym czasie mnóstwo osób zajmowało się pierwszorzędową korą wzrokową, określaną jako V1. Ja nie przepadam za tłumem, wolę działać sam. Dlatego skupiłem się na rejonach kory wzrokowej wyższych niż V1.

M.H.: Czy to Pan odkrył, że istnieją inne obszary kory wzrokowej?

Można powiedzieć, że odkryłem funkcjonalną specjalizację obszarów V2 i V3. W tamtym czasie nikt nie wiedział, że te struktury pełnią różne funkcje. Mnie udało się je ustalić. Ale już wcześniej, od lat 60., wiedziano – i to nie było moje odkrycie – że sygnał wzrokowy może trafiać do różnych obszarów niezależnie od pierwszorzędowej kory wzrokowej. Wcześniej wszyscy myśleli, że to obszar V1 rozsyła sygnały do innych regionów. Okazało się, że tak wcale nie jest. To nie znaczy, że sygnały przechodzące przez V1 nie są ważne – po prostu to nie wszystko. Ciekawe jednak, że praca, która to wykazała, przeszła bez większego rozgłosu.

Ł.K.: W 1981 r. Nagroda Nobla w dziedzinie medycyny lub fizjologii została przyznana trzem osobom. Roger Sperry został nagrodzony za odkrycie specjalizacji półkul mózgowych, a David Hubel i Torsten Wiesel – za prace związane z przetwarzaniem przez mózg sygnału wzrokowego. To były bardzo podstawowe wyniki. Już w latach 70. dzięki Pańskim odkryciom o korze wzrokowej wiedziano znacznie więcej. Nie czuł się Pan pominięty? Czytałem opinie, że to powinien Pan dostać wtedy Nobla.

Wyniki Hubela i Wiesela były naprawdę ważne, wręcz przełomowe, bo wytyczyły nowe pole badań. Moim zdaniem ta dwójka powinna była dostać Nobla, nie trzeba było dodawać do nich Rogera Sperry’ego.

M.H.: Zaczynał Pan od prowadzenia badań na makakach. Dlaczego?

Gdy mówimy o najbardziej podstawowym poziomie organizacji mózgu, to kora wzrokowa małp, takich jak makaki, z którymi pracowałem, jest niemal identyczna jak kora wzrokowa człowieka. Pracując z małpami, mogłem stosować techniki fizjologiczne, najbardziej dokładne, mierzące aktywność pojedynczych komórek wzrokowych. Metod tych nie można stosować na człowieku w celach czysto poznawczych – wymagają one otwarcia czaszki i umieszczeniu w mózgu mikroelektrod.

Teraz już się tego właściwie nie robi. Małpy do badań są bardzo drogie, w dodatku dochodzą kwestie etyczne… Jednym z powodów, dla których nie robię już badań z udziałem małp, było to, że po prostu czułem się zbyt blisko z nimi związany. Te małpki do mnie przemawiały – swoimi oczami. Całowały mnie – pocałunek małpy przypomina bardzo delikatne ugryzienie. To wszystko składało się na zbyt ludzkie doświadczenie – pomyślałem więc: dosyć, nigdy więcej eksperymentów z małpami. I tego się trzymam.

M.H.: Jak więc teraz bada Pan aktywność mózgu w trakcie przeżyć estetycznych?

Korzystam z nowoczesnych, nieinwazyjnych metod obrazowania aktywności mózgu, takich jak funkcjonalny rezonans magnetyczny (fMRI). Opierają się one na wykrywaniu zmian przepływu utlenowanej krwi w różnych rejonach mózgu, dzięki czemu można wnioskować o ich aktywności – mózg potrzebuje „paliwa”, dlatego szczególnie aktywne struktury zgłaszają zapotrzebowanie na nie. Zmiany te są jednak bardzo subtelne, a dysponując dużą grupą osób badanych, można sztucznie wzmocnić niewielki wynik. Sądzę, że fMRI to potężna technika, prawie każdego można za jej pomocą przebadać , ale trzeba mieć świadomość jej ograniczeń.

Podczas eksperymentów neuroestetycznych prezentujemy umieszczonym w skanerze osobom piękne obrazy lub odtwarzamy dzieła muzyczne i staramy się oddzielić aktywność neuronalną specyficzną dla danego zmysłu od reakcji mózgu na piękno. Gdy pokażemy komuś piękny renesansowy obraz, aktywna będzie kora wzrokowa, a gdy będzie słuchał poruszającej muzyki – np. moich ulubionych oper Richarda Wagnera – zaktywizujemy korę słuchową. W obydwu wypadkach obserwuje się jednak aktywność wspomnianej już kory oczodołowo-czołowej, a dokładnie jej przyśrodkowej części (mOFC).

Ł.K.: Przed rokiem gościem Copernicus Festival był prymatolog prof. Tetsuro Matzusawa. Pokazywał zdjęcia obrazów namalowanych przez różne małpy – szympansicę Ai, która radzi sobie z prostą matematyką; bonobo Kanziego – poza ludźmi bodaj najbieglejszego użytkownika języka na świecie, gorylicę Koko, z którą można rozmawiać w języku migowym. Sądzi Pan, że malunki wykonane przez małpę można uznać za sztukę?

Pytanie brzmi, czy krył się za tym jakiś zamysł, czy jest jakiś powód, dla którego małpa namalowała taki a nie inny obrazek. Gdy np. Paul Cézanne tworzył dzieło, kierował nim zapewne pewien zamysł. Nie słyszałem o systematycznych dowodach na to, że za rysunkami małp kryje się jakiś zamiar. Malowanie może być dla nich rodzajem zabawy, sposobem spędzania wolnego czasu niewiele różniącym się od odbijania piłki.

M.H.: Z lektury książki Blaski i cienie pracy mózgu wynika, że bardzo interesują Pana dzieła wieloznaczne.

Uważam, że twórczość motywowana jest poszukiwaniem doskonałości i ciągłym poczuciem niedosytu. Artyści chcą dotrzeć do ponadczasowych, idealnych pojęć, o których pisał choćby Platon. Ludzkie ideały nie są jednak tak stałe jak Platońskie idee, ale podlegają nieustannej ewolucji, związanej z przeżywanymi emocjami oraz nową wiedzą. Podobnie sytuacja wygląda po stronie odbiorcy dzieła – poszukuje on swojego ideału, ale sam ideał podlega zmianom. Jedną ze strategii, jaką stosują artyści, jest wieloznaczność: geniusz Vermeera polegał na tym, że stworzył on dzieło – chodzi mi o Dziewczynę z perłą – które podziwiamy na różne sposoby w zależności od tego, co sami czujemy. Jest ona zarówno pełna erotyzmu, jak i niewinna, kusząca i oddalona, zadowolona i czująca żal.

Ł.K.: Czym w takim razie dla Pana, jako profesora neuroestetyki, jest sztuka?

Choć sztuka jest moją pasją – jak już mówiłem, uwielbiam opery Wagnera, ale także malarstwo Francisa Bacona czy Vermeera  – jestem neurobiologiem, a nie estetykiem ani teoretykiem sztuki. W swojej pracy nie zadaję sobie pytań o naturę sztuki czy o relacje sztuki i piękna. Podkreślam to, bo filozofowie często traktują mnie jak intruza, który próbuje wtargnąć na ich pole.

Jako naukowca interesuje mnie, w jaki sposób ludzkie systemy mózgowe są zaangażowane w postrzeganie piękna. Jest to takie samo pytanie – które rozstrzygnąć należy empirycznie – jak pytania o to, w jaki sposób systemy mózgowe odpowiadają za percepcję koloru czy twarzy.

Z perspektywy neurobiologicznej powiedziałbym, że jednym z ważniejszych celów sztuki jest zdobywanie wiedzy o świecie. Niewielu ludzi – szczególnie filozofów – się ze mną zgadza, ale nie zwracam na to większej uwagi. Sztuka angażuje bowiem często ludzkie subiektywne wyobrażenia na temat świata.

M.H.: Jak narodziła się neuroestetyka?

To był rok 1995. Zostałem zaproszony przez Towarzystwo Królewskie do wygłoszenia The Woodhull Lecture. Byłem nieco zmęczony mówieniem w kółko o funkcjonalnej specjalizacji kory wzrokowej, więc zapytałem, czy mogę powiedzieć coś o mózgu, pięknie i sztuce. Od tego czasu cała dziedzina się dość rozrosła, ale chyba wciąż pozostaję jedynym na świecie tytularnym „profesorem neuroestetyki”. Oczywiście wielu uczonych zajmuje się tą dziedziną, najczęściej na wydziałach neuronauki poznawczej. Są to osoby z Japonii, Stanów Zjednoczonych i Europy. Na całym świecie powstało kilka naukowych towarzystw neuorestetycznych.  

M.H.: A jaka przyszłość czeka tę dziedzinę?

Wspaniała, i nie mam co do tego wątpliwości! Właściwie nie tylko ze względu na samą neuroestetykę, ale ze względu na wszystko, co dzieje się w całej neuronauce. Po raz pierwszy w dziejach nauki możliwe jest badanie ludzkich wyobrażeń i stanów subiektywnych. Jeżeli Pan mi powie, że uważa coś za piękne, to do niedawna mogłem jedynie uwierzyć na słowo. A teraz – mogę niemal zajrzeć do Pańskiego mózgu.

Wreszcie możemy naukowo przyglądać się pięknu, pożądaniu czy miłości. Bo cóż jest dla ludzi i całych społeczeństw ważniejszego od tych trzech wzajemnie powiązanych wartości?

A teraz pozwólcie mi Panowie zadać wam pytanie: w które prawdy możecie naprawdę wierzyć? Obiektywne czy subiektywne?

Ł.K.: Obiektywne?

Jedyne fakty, których możecie być naprawdę pewni, to fakty subiektywne. Mogę być pewnym, że kogoś kocham, ale nie mogę mieć pewności, czy ta osoba kocha mnie. Mogę być pewnym, że jeśli pójdę do parku rankiem, w południe i wieczorem, to liście na drzewach będą zielone. Ale nie mogę być pewnym, jaka jest kompozycja długości fal świetlnych odbijanych od liści, bo ona zmienia się w zależności od mnóstwa czynników.

Ł.K.: Czytałem o tym w Pańskich pracach – to problem stałości koloru. Ale wspomniałem o faktach obiektywnych, mając na myśli matematykę.

Piękno matematyczne to chyba najbardziej skrajna forma piękna. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jego głównym źródłem – jak w przypadku piękna „sztucznego” – jest kultura. Ale to nie do końca prawda. Jeśli nauczysz się języka matematyki, to niezależnie od tego, z jakiego kraju pochodzisz, możesz się komunikować ze wszystkimi matematykami na świecie. Co więcej, sądzę, że matematyka, wbrew temu, co mówią sami matematycy, jest w rzeczywistości badaniem ludzkiego umysłu. Chodzi mi o to, że jest ona badaniem logicznego, indukcyjno-dedukcyjnego systemu, który ucieleśniony jest w naszych mózgach.

M.h.: Pomówmy na koniec jeszcze o pięknie matematyki. W 2014 r. na łamach „Frontiers of Human Neuroscience” Pański zespół opublikował wyniki doświadczeń, podczas których badaliście aktywność mózgów matematyków obcujących m.in. z równaniem Eulera łączącym funkcje trygonometryczne z zespoloną funkcją wykładniczą.

Wiele osób sądzi, że to najpiękniejszy wzór na świecie. Od dawna interesowało mnie pytanie, czy piękno, którego matematycy doświadczają podczas pracy z abstrakcyjnymi strukturami myślowymi, jest porównywalne z przeżyciami, jakie towarzyszą zmysłowej percepcji największych dzieł malarskich.

Wraz z zespołem postanowiliśmy sprawdzić, czy obydwu sytuacjach aktywowane są te same regiony mózgu. W tym celu przy pomocy fMRI zbadaliśmy piętnastu matematyków – doktorów i doktorantów. W skanerze pokazaliśmy im równania, które wcześniej klasyfikowali oni jako piękne, obojętne lub brzydkie. Okazało się, że postrzeganiu pięknych równań towarzyszyła aktywacja przyśrodkowej kory oczodołowo-czołowej (mOFC), a więc tej samej części mózgu, której aktywacje zarejestrowaliśmy we wcześniejszych badaniach nad percepcją pięknych dzieł sztuki.

Gdy matematycy twierdzą, że struktury matematyczne wywołują w nich uczucie piękna, nie jest to więc tylko metafora. Sądzę, że można nawet pójść dalej. Matematycy nie są tylko widzami, ale mają w sobie coś z artystów.

Nota:

Semir Zeki ‒ prof., twórca neuroestetyki, którą wykłada na University College London, członek Towarzystwa Królewskiego w Londynie oraz wielu innych prestiżowych gremiów naukowych. Dotychczas w języku polskim ukazała się jego książka Blaski i cienie pracy mózgu: O miłości, sztuce i pogoni za pięknem (2011). Napisał również A vision of the brain ( 1993) oraz Inner vision: An exploration of art and the brain (1999), której przekład ukaże się na jesieni 2016 r. nakładem Copernicus Center Press.

*Wywiad ukazał się w na łamach miesięniczka "Znak" nr 736 (wrzesień 2016), s. 6-11.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz