Śladami Darwinesa z Miletu

Śladami Darwinesa z Miletu

07.08.2016
Starożytni Grecy mieli wiele trafnych intuicji co do ewolucji życia i kosmosu. Dlaczego więc nie odkryli darwinizmu?
Fot. NIKILITOV | DREAMSTIME.COM
G

Gdy współcześnie mówimy o ewolucji, nauka podsuwa nam dwa obrazy. Pierwszym jest Drzewo Życia przedstawiające pokrewieństwo wszystkich gatunków kiedykolwiek występujących na Ziemi, ich pochodzenie od wspólnego przodka. To wstrząsający obraz. Co prawda wystarczy odwiedzić zoo, by uzmysłowić sobie, że faktycznie mogliśmy mieć wspólnego przodka z szympansem, ale jak dostrzec własne pokrewieństwo ze świerkiem albo słonecznikiem?

Wyprawa na łąkę, choć może mieć wiele innych zalet, w tym przypadku niezbyt nam pomoże. Tymczasem teoria ewolucji głosi, że życie narodziło się jeden jedyny raz (albo przynajmniej jeden raz przetrwało), a w ciągu ostatnich 3 mld lat, pod wpływem mechanizmów zidentyfikowanych przez Karola Darwina, przybrało miliony różnych form: roślin, zwierząt, grzybów, bakterii...

Obraz Drzewa Życia funkcjonuje w nauce od ponad 150 lat. O kilkadziesiąt lat młodszy jest drugi współczesny ewolucyjny obraz – przedstawiający dzieje kosmosu. Zgodnie z nim Wszechświat nie jest statyczny, lecz jako całość jest układem dynamicznym, podlegającym ewolucji. Jego historia – a przynajmniej jej obecna era – zaczęła się od bardzo gorącego i gęstego stanu (nazywanego Wielkim Wybuchem), następnie Wszechświat się rozszerzał, ochładzał i zapełniał kolejnymi obiektami. Najpierw były to drobne cząstki materii, które zaczęły się łączyć, dając początek gwiazdom, planetom i całym galaktykom. Te zaś z kolei same wciąż na nowo powstają i giną.

Jedną z wielu planet któregoś już pokolenia jest Ziemia, na której około 3 mld lat temu narodziło się życie, co uruchomiło ewolucję biologiczną. Oba ewolucyjne obrazy świetnie się więc uzupełniają, stanowiąc trzon naszej wiedzy przyrodniczej.

Jednak jeszcze bardzo długo przed tym, nim Karol Darwin i Georges Lemaître namalowali przed naszymi oczami obrazy Drzewa Życia oraz Wielkiego Wybuchu, wielu uczonych i myślicieli snuło ewolucyjne wizje kosmosu i życia. Te koncepcje po raz pierwszy pojawiły się tam, gdzie właściwie wszystko w historii ludzkiej myśli się zaczęło. W starożytnej Grecji.

W poszukiwaniu arche

Jonia, antyczna kraina położona na zachodnim wybrzeżu dzisiejszej Turcji, musiała być niezwykłym miejscem: to właśnie tam, na przełomie VII i VI w. p.n.e., narodziła się filozoficzna refleksja nad światem. Ernan McMullin, filozof i historyk nauki, już w rozważaniach pierwszych jońskich filozofów doszukuje się swoistych ewolucyjnych idei.

Nie były to oczywiście „teorie ewolucji”, przemyślane i złożone koncepcje, jak te zaproponowane przez Jeana-Baptiste’a de Lamarcka i Karola Darwina w XIX w. Jońscy filozofowie po prostu odrzucali ideę Wszechświata istniejącego odwiecznie w takim samym kształcie lub jego nagłego powstania w całej swej okazałości (np. na mocy boskiego aktu stwórczego). Skoro więc Wszechświat w jakiś sposób powstawał lub kształtował się w czasie, to stopniowo tworzyć musiały się także obiekty, które go wypełniają. Takie jak gwiazdy czy zwierzęta.

Świadectwem takiego – w szerokim sensie – ewolucyjnego myślenia u pierwszych greckich filozofów są próby wyjaśniania obecnego stanu Wszechświata za pomocą cyklu zrozumiałych przemian występujących w przeszłości oraz poszukiwanie podstawowych zasad, nasion czy elementów (gr. arche), z których miały się składać rzeczy złożone. Mieliśmy więc dwa rodzaje „ewolucyjnych” wyjaśnień: tego, co teraz, za pomocą tego, co było kiedyś, oraz tego, co złożone, za pomocą tego, co proste.

Talesowi z Miletu, uznawanemu za pierwszego filozofa w ogóle, przypisuje się twierdzenie, że wszystko, wliczając w to ogień i skały, zbudowane jest z odpowiednio rozrzedzonej lub zagęszczonej wody. Także pół wieku młodszy od Talesa Ksenofanes w wodzie widział źródło wszystkiego – nawet życia, które jego zdaniem wyłoniło się z mułu pokrywającego kiedyś całą Ziemię. Swój pogląd uzasadniał danymi empirycznymi – w wielu miejscach na lądzie odkrywano skamieniałości morskich roślin i zwierząt, co sugerowało, że tereny te były kiedyś pokryte wodą.

Jeden z uczniów Talesa, Anaksymander, przekonywał, że człowiek musi pochodzić od innych istot. Dlaczego? W porównaniu z innymi żywymi organizmami ludzie bardzo długo pozostają całkowicie uzależnieni od opieki dorosłych; zwierzęta usamodzielniają się znacznie szybciej. Ta obserwacja doprowadziła Anaksymandra do wniosku, że gdyby człowiek od początku wykazywał takie cechy, to nie mógłby przetrwać pierwszego okresu bezradności. Nie wiemy jednak, jak Anaksymander wyobrażał sobie naszych protoplastów. Zapewne nie znał małp człekokształtnych, które do Europy trafiły ponad dwa tysiące lat później.

Leucyp i Demokryt z Abdery głosili, że wszystko składa się z próżni i atomów – maleńkich, niepodzielnych cząstek, czym do pewnego stopnia antycypowali najważniejszą teorię nowożytnej chemii. Atomy według Leucypa i Demokryta poruszają się chaotycznie i nieustannie z sobą zderzają, co prowadzi do powstawania obiektów makroskopowych, także organizmów żywych.

Dobór z sensem

Leucyp i Demokryt nie wyjaśnili, w jaki sposób przypadkowe zderzenia atomów mogły wygenerować całe bogactwo świata roślin i zwierząt. Nad podobnym zagadnieniem – wyłonienia się czegoś zorganizowanego z prostszych form powstających przypadkiem – zastanawiał się Empedokles. Nie należał on do grona atomistów – za arche uznawał wszystkie cztery podstawowe elementy (ziemię, powietrze, ogień i wodę), które miały być podporządkowane dwóm siłom twórczym: miłości i nienawiści, i pod ich wpływem dawać początek rzeczom złożonym, wliczając w to części ciał organizmów żywych. Czemu jednak zwierzęta zawdzięczają konkretne cechy? Odpowiadając na to pytanie, Empedokles poniekąd posłużył się ideą... doboru naturalnego.

Jego zdaniem z czterech elementów wyłoniły się pojedyncze części ciała, które poruszały się samodzielnie i łączyły z sobą, tworząc najróżniejsze konfiguracje rodem z filmów grozy – mogliśmy więc mieć paszczę wilka wyrastającą bezpośrednio z trąby słonia, albo ludzką głowę, poruszającą się na pajęczych odnóżach czy skorupie żółwia. Nie wszystkie połączenia miały sens – te, zdaniem Empedoklesa, przepadły, pozostały jedynie takie, które się sprawdziły, i to je właśnie obserwujemy w ciałach zwierząt.

Idea doboru naturalnego – której zręby możemy dostrzec w rozważaniach Empedoklesa – to jeden z filarów współczesnego ewolucjonizmu. Drugi stanowią prawa zmienności i dziedziczności. Co Grecy mieli do powiedzenia na ten temat?

Hipokrates, bardziej znany jako ojciec medycyny, jest także autorem pierwszej koncepcji dziedziczności, nazywanej pangenezą. Głosi ona, że wszystkie części ciała produkują odpowiednie ziarna czy nasiona, zawierające – jak byśmy dziś powiedzieli – informację genetyczną obejmującą wszystkie cechy danego organu. Te ziarna, zgodnie z ideą Hipokratesa, trafiają następnie do narządów rozrodczych i przekazywane są potomstwu. Hipokrates wierzył, że nasiona przejmują wszystkie cechy członków ciała, z których pochodzą – pisał, że zdrowe członki ciała produkują zdrowe nasiona, zaś chore – nasiona wadliwe.

A to oznacza, że jako pierwszy sformułował ideę dziedziczenia cech nabytych, która dwa tysiące lat później została przyjęta najpierw przez Erasmusa Darwina (dziadka Karola), a następnie Jeana-Baptiste’a de Lamarcka, i stanowiła rdzeń ich ewolucyjnych koncepcji różnorodności biologicznej. Co więcej, sam Karol Darwin, który nie znał fundamentalnych prac z genetyki współczesnego mu Grzegorza Mendla, w zasadzie akceptował ideę pangenezy (darwinizm został połączony z genetyką w latach 30. XX w., była to tzw. wielka synteza ewolucyjna).

Jak widzimy, Grekom nie brakowało ewolucyjnych intuicji, a w ich rozważaniach widać zarys lamarkizmu (teoria pangenezy i dziedziczenia cech nabytych autorstwa Hipokratesa) czy wręcz darwinizmu (Empedoklesowa idea „doboru naturalnego”). Kto wie, czy takie myślenie nie zaprowadziłoby ich ostatecznie do stworzenia pełnokrwistej teorii ewolucji gatunków, gdyby w tym czasie na scenie nie pojawili się Platon i Arystoteles.

Kłopot z ideami

Platon jako pierwszy postawił ważne pytanie, które na wiele wieków zdominowało filozofię: co mają wspólnego rzeczy jednostkowe należące do tej samej kategorii – na przykład troje w ogóle niepodobnych do siebie ludzi, trzy różne trójkąty, wszystkie psy na świecie albo kilka sprawiedliwych wyroków sądowych wydanych w zupełnie innych sprawach. Odpowiedź Platona była równie błyskotliwa, co dziwaczna. Uznał on, że rzeczy jednostkowe są tylko marnymi kopiami pojęć ogólnych, kategorii czy rodzajów (Platon nazywał je ideami), którym należy przypisać osobne i doskonalsze istnienie, cechujące się niezmiennością i wiecznością.

Konsekwencje platońskiej koncepcji idei dla myślenia o zwierzętach są oczywiste. Trzy różne psy łączy to, że uczestniczą one w „idei psa” – egzystującej niezależnie od wszystkich psów na świecie. Gdyby istniał pies idealny, byłby wcieleniem idei psa. Wszystkie żywe psy są jednak tylko marnymi cieniami idei psa, która istnieje odwiecznie i nie podlega żadnej zmianie (ponieważ zmienność wyklucza doskonałość). To samo powiedzieć możemy o każdym gatunku i jego przedstawicielach.

W takiej koncepcji nie ma miejsca na darwinizm, który głosi zmienność gatunków pod wpływem presji selekcyjnych oraz ich pochodzenie od wspólnego przodka. Platon nie mógłby się bardziej nie zgodzić z takimi poglądami.

Arystoteles, najwybitniejszy uczeń Platona i jego najbardziej zagorzały krytyk (twierdził, że idee nie istnieją niezależnie, ale jako formy w rzeczach jednostkowych), był bez wątpienia jednym z najwybitniejszych przyrodników wszech czasów. Wiedza zoologiczna przez wiele następnych stuleci zamykała się w tym, co opublikował Arystoteles. Jednak nawet on nie był w stanie wrócić na ewolucyjne tory myślenia, po jakich poruszali się jońscy filozofowie. Arystotelesowski styl filozofowania w ogromnej mierze opierał się na zdroworozsądkowej analizie języka potocznego, która zaprowadziła go prosto w pułapkę celowości.

Arystoteles twierdził, że można sformułować kompletny naukowy opis każdej rzeczy, podając jej cztery „przyczyny”: formalną (dotyczącą kształtu – a więc ideę), materialną (z czego dana rzecz jest zbudowana), sprawczą (albo „ruchową” – co doprowadziło do powstania lub zmiany danej rzeczy) i celową (jaki cel dana rzecz realizuje). Są to, jak podkreśla Arystoteles, cztery sposoby odpowiadania na pytanie: dzięki czemu jakaś rzecz jest sobą. Na przykład stół można kompletnie opisać stwierdzając, że jest z drewna (przyczyna materialna), ma kształt stołu (przyczyna formalna), zbudował go stolarz (przyczyna sprawcza), a zrobił to po to, by stół pełnił rolę stołu (przyczyna celowa).

W pułapce celowości

Nie ma tu miejsca na pytanie ewolucyjne: w jaki sposób powstały „rodzaje rzeczy”, czyli idee bądź formy. Choć Arystoteles zaprzeczał ich niezależnemu istnieniu (od rzeczy jednostkowych), to również on przypisywał im odwieczne i niezmienne istnienie – zdaniem Arystotelesa cały świat istniał odwiecznie, choć jednocześnie w jakimś sensie zależał od Pierwszej Przyczyny – słynnego nieruchomego poruszyciela. Późniejsi chrześcijańscy myśliciele, zwłaszcza Tomasz z Akwinu, musieli wykonać niemałą gimnastykę intelektualną, by pogodzić myśl Arystotelesa, uznawaną za najbardziej rzetelną wiedzę naukową, z interpretacjami Starego i Nowego Testamentu.

Szczególną rolę Arystoteles przypisywał przyczynie celowej (oparł na niej nawet swoiste „prawo grawitacji” – twierdził, że wszystkie rzeczy dążą do swojego miejsca naturalnego, które dla rzeczy lekkich znajduje się na górze, a dla rzeczy ciężkich – na dole). Właśnie ze względu na celowość obserwowaną w przyrodzie (pająk celowo snuje pajęczynę, jaskółka celowo buduje gniazdo, a rośliny celowo zapuszczają korzenie w dół – gdyby robiły to przypadkowo, czasami korzenie musiałyby rosnąć w górę, a przecież tego nie obserwujemy) Arystoteles krytykował koncepcję Empedoklesa. Ciała zwierząt nie mogły powstać przypadkiem, podkreślał, ponieważ przypadek nie mógł zrodzić celowych zachowań.

Ten argument w różnych odsłonach powtarzany był przez następne dwa tysiące lat, również przez wybitnych przyrodników czasów oświecenia, z których zdecydowana większość była przekonana, że Bóg musiał stworzyć wszystkie gatunki osobnym, stwórczym aktem, a nie mógł choćby posłużyć się żadnym procesem naturalnym, ponieważ naturalne procesy nie mogły doprowadzić do aż takiego zróżnicowania biologicznego (z tego samego powodu Bóg wydawał się konieczny do stworzenia gatunków). Co ciekawe, wbrew popularnym wyobrażeniom to właśnie argument z celowości, a nie dosłowne odczytywanie biblijnego poematu o sześciu dniach stworzenia, w największym stopniu doprowadził do późniejszego konfliktu teorii ewolucji z chrześcijańską (zwłaszcza protestancką) teologią. Ostatecznie do upadku argumentu z celowości doprowadził bowiem Karol Darwin.

Po Platonie i Arystotelesie właściwie nie było już odwrotu. Wprawdzie jeszcze stoicy stworzyli ewolucyjny obraz całego kosmosu, cyklicznie rodzącego się w ogniu, trwającego określony czas, ginącego w ogniu i rodzącego się na nowo – jednak ich kosmogonia nie wywarła aż tak znaczącego wpływu, by ponownie naprowadzić uczonych tamtych czasów na myślenie ewolucyjne (choć zainspirowali św. Augustyna, który dopuszczał myśl, że Bóg nie stworzył świata w gotowej postaci). Platon i Arystoteles, z ich koncepcją niezmienności idei oraz z naciskiem na celowość, odcisnęli na historii ludzkiej myśli o wiele wyraźniejsze piętno, dostrzegalne także w myśleniu współczesnych kreacjonistów.

Oddajmy jednak Arystotelesowi słuszność w jednym. Sprzeciwiał się on Hipokratesowej idei pangenezy i całkiem zgrabnie uzasadniał swoje stanowisko. Twierdził, że idea dziedziczenia cech nabytych nie jest do utrzymania, ponieważ możemy okaleczyć rośliny, pozbawiając je jakichś części ciała, a z ich nasion i tak wyrosną zdrowe rośliny. Podobnie jest u ludzi, w dodatku Arystoteles zwracał uwagę na to, że dzieci czasem przypominają bardziej odległych przodków, a nie jedynie rodziców. Dlatego uznał, że dziedziczone nie są żadne pochodzące z ciał rodziców nasiona, tylko raczej niezmienne i odwieczne formy (za co oczywiście powinniśmy go już zganić: dlaczego niezmienne i odwieczne?).

Co by było, gdyby...

Możemy tylko spekulować, co by się stało, gdyby odkrywca darwinizmu narodził się już w starożytnej Grecji. Zwłaszcza, jak potoczyłyby się wówczas losy nauki i jej relacji z religią. Czy wizja ewoluującego życia weszłaby od samego początku do chrześcijańskiej teologii, podobnie jak stało się to z innymi wynalazkami Greków – pojęciami duszy i rozumu? Czy współcześnie rozumiana nauka narodziłaby się już w starożytności, gdyż zastępy starożytnych filozofów, poruszonych koncepcją darwinizmu, ruszyłyby szukać jej potwierdzenia?

Wszyscy, którzy skłonni byliby pozytywnie odpowiedzieć na te pytania, powinni pamiętać, że oszałamiające sukcesy biologii ewolucyjnej nie są wyłącznie zasługą geniuszu Karola Darwina. Kolejni uczeni rozbudowali strukturę, której fundamenty położył Darwin, korzystając z budulca dostarczanego przez inne dziedziny wiedzy – od statystyki i klasycznej genetyki, przez teorię gier, aż po genetykę molekularną.

Gdyby te dziedziny nie rozwinęły się wraz z narodzinami darwinizmu (a bez postępów w matematyce i technice nie mogłyby one powstać), Grecy zapewne nie mogliby udowodnić ewolucji i przekonać wszystkich do jej akceptacji.

Choć bez wątpienia, gdyby tylko wpadli na darwinizm, mielibyśmy o nich jeszcze lepsze zdanie, niż mamy. ©

ŁUKASZ KWIATEK jest filozofem i kognitywistą, członkiem Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych oraz redaktorem działu Nauka „Tygodnika”.

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Komentarze

Zakładając że pojawiłby się ktoś na kształt Darwina jeszcze przed narodzeniem Chrystusa, to mam przedziwne wrażenie że do dnia dzisiejszego religia chrześcijańska była by w autentycznym zaułku, gdzieś pomiędzy new age,czymś w rodzaju obecnego neopogaństwa. Rozwój budzi zastrzeżenia, rodzi pytania, pojawiło by się wiele generacji ludzi ŚWIADOMYCH… Nie bez przyczyny kilkaset lat po starożytności nazywamy wiekami ciemnymi…

Dodaj komentarz

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz