Sztuka nie-argumentacji: krótka historia kuszenia

Sztuka nie-argumentacji: krótka historia kuszenia

19.02.2016
W pierwszą niedzielę Wielkiego Postu liturgia słowa przypomina kuszenie Jezusa na pustyni (Łk 4,1-13). Kuszenie to wykorzystuje pewne elementy sztuki argumentacji, jaka stosowana jest od wieków w celu szerzenia dobra i prawdy, ale również kłamstwa i zła.
Sandro Botticelli, Kuszenie Jezusa (Wikimedia Commons)
R

Rzućmy dziś okiem na dwa kuszenia, które przy podobnej strategii kusicieli przyniosły odmienne skutki u kuszonych. 

Księga Rodzaju opisuje historię pierwszych ludzi, którzy zostali poddani próbie wierności i ulegli złu (Rdz 3, 1-7). Kusicielem jest wąż, później utożsamiony z szatanem. Wąż został zaprezentowany jako najbardziej przebiegłe zwierzę i ta opinia znajduje potwierdzenie już na początku jego rozmowy z niewiastą, gdy stawia pytanie: 

Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?

Pytanie istotnie jest przebiegłe. Skoro wąż pyta o taką rzecz, to coś o niej wie, może nawet więcej niż Ewa, bo zanim powiedziała, że nie mogą jeść owoców tylko z jednego drzewa, mogła pomyśleć, iż w istocie jest tak, jakby w ogóle nie wolno im było jeść żadnego owocu. Podejrzenie to szybko się potwierdziło, gdy wąż „wyjaśnił” znaczenie tego zakazu: to jest wszechmocny owoc poznania dobra i zła i gdy go zjedzą, będą jak bogowie. Średniowieczny filozof Piotr Damiani stwierdził, że szatan był pierwszym nauczycielem gramatyki, gdy nauczył ludzi odmieniać słowo „Bóg” w liczbie mnogiej, by móc im powiedzieć: „Będziecie jako bogowie”. Sam argument nie jest zbyt przekonujący, ale ostrzeżenie przed nadużyciami języka jak najbardziej słuszne.

Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy.

Gdy owoc jest ładny i smaczny, to widać i czuć, ale co znaczy, że nadaje się do zdobycia wiedzy czy władzy (bo i tak można to zapewne rozumieć)? W każdym razie Ewa przeoczyła moment, gdy należało powiedzieć: „Nie!”, „Idź precz!” czy coś w tym stylu. Gdy wąż podważył słowa Boga, stała się chwila, kiedy trzeba było się opowiedzieć po stronie Boga, albo przeciw Niemu. Tertium non datur! Gdy się tego egzaminu nie zda, to nawet owoc czy cokolwiek marnego wydaje się mądrzejsze od nas.

Na takie kłopoty naraziła nas pierwsza niewiasta; po skosztowaniu owocu dała go mężowi, który… był z nią! On już nie tylko skosztował go, tylko zjadł. Okazuje się, że Adam, całkiem wymowny, gdy trzeba było szukać winnych, nie był gdzieś daleko, kiedy rozgrywał się dramat. Był ze swoją żoną, tylko słowem się nie odezwał. On, pan domu czy pan raju, nie użył swojej władzy tam, gdzie najbardziej by się przydała. Ewa niepotrzebnie gadała, Adam niesłusznie milczał. Skutki tamtych błędów doskonale znamy, więc sięgnijmy do drugiej historii, do kuszenia Jezusa na pustyni.

Tutaj diabeł (już bez żadnego kamuflażu) również zaczyna podstępnie: „Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz temu kamieniowi, żeby się stał chlebem”. Wydaje się, że to jak najbardziej uprawnione żądanie, bo rzeczywiście Syn Boży może zmieniać kamienie w chleb. Można by się zastanawiać, czy taki cud przekonałby diabła albo czy przekonałby ludzi. Najważniejsze jest jednak to, że diabeł mówi tak, jakby był uprawniony do testowania wedle własnych pomysłów tożsamości Jezusa. Tymczasem nie ma takiego prawa – ani sam z siebie, ani z woli Jezusa, bo ten przyszedł uczyć i zbawiać ludzi, a nie diabła. Jezus udziela odpowiedzi cennej dla nas, bo dobrze, byśmy pamiętali, że nie samym chlebem żyje człowiek. Za to w odniesieniu do kusiciela i jego pomysłów na testowanie Jezusowego bóstwa, odpowiedź Jezusa brzmi jak coś w rodzaju: „Odczep się! Nie będziesz mi stawiał żądań i warunków”.

Następna pokusa ma służyć chyba temu samemu: diabeł nadal chce sprawdzić, czy Jezus jest Bogiem, bo jeśli nie, to może Go pociągnąć perspektywa władzy nad światem. Znowu Jezus udziela odpowiedzi nie na temat, który interesuje Jego rozmówcę. Przypomina, że cześć należy się Bogu, temu Bogu, którego diabeł znał, zanim poszedł swoją drogą. Tą, na której sam sobie odebrał prawo do poznawania wielu Bożych tajemnic. Ostatnia pokusa jest właściwie wariacją pierwszej, diabeł wymyślił kolejny test, choć próbował być sprytniejszy, bo przywołał Pismo Święte. Jednak na nic mu się ta przebiegłość nie przydała, bo po raz kolejny został zlekceważony i przepędzony. Cała jego sztuka argumentacji rozbiła się o jednoznaczną i zdecydowaną postawę Jezusa: diabeł nie ma prawa domagać się ani posłuszeństwa, ani wiedzy, ani też prawa do testowania swoich podejrzeń.

Doświadczyliśmy w tej historii czegoś, co można nazwać sztuką nie-argumentacji, nie podejmowania dyskusji w sytuacji, gdy niczego dobrego nie można się po niej spodziewać. To nie jest sprzeczne z etyką argumentacji ani nie jest jakimś nowym odkryciem w tej dziedzinie. Artur Schopenhauer przypomniał starą zasadę: contra negantem principa non est disputandum (z kimś, kto neguje zasady, nie należy dyskutować). Racją zaniechania dyskusji jest nie tylko odrzucenie przez adwersarza zasad w postaci powszechnie uznanych twierdzeń, ale również odrzucenie wartości, wobec których chcemy być absolutnie wierni.

Logika argumentacji czasami zaleca nam rezygnację z dyskusji, pewien rodzaj umysłowej ascezy. I to nie jest wielką nowością, ale czymś dobrze znanym na przykład w nauce. Fizyk nie będzie dyskutował o metafizycznej istocie masy, energii czy innej wielkości, jaka pojawia się w równaniach. Jest otwarty na poznanie świata, ale w zakresie, który potrafi uchwycić metodologia naukowa. Ten postulat jest pewnym ograniczeniem, ale też niesie pomoc w różnych sytuacjach: fizyk, uczony, nie musi mieć zdania na każdy temat. Nikt nie może mu zasadnie powiedzieć: „Jeśli jesteś fizykiem, powiedz mi, po co istnieje świat”. Gdy wpadnie mu do głowy jakiś pomysł, może próbować odpowiedzieć na to pytanie; jeśli nie, nie musi, bo to nie należy do fizyki. Gdyby jednak ktoś mu powiedział: „Ponieważ nie rozumiesz najgłębszej istoty energii, nie masz prawa wypowiadać się na temat ruchu ciał”, to należałoby autorowi takiego zarzutu powiedzieć (co najmniej): „Do widzenia”.

W jakimś stopniu podobnie jest z wiarą. I tutaj mamy prawo i pewien komfort nieprzejmowania się pewnymi pytaniami. Człowiek wierzący, chrześcijanin, nie musi znać uzasadnień dla wszystkich swoich przekonań, nie zawsze też musi mieć jasność co do motywów swojego postępowania, dopóki jest przekonany, że nie sprzeciwia się woli Boga. Może czasami mieć wątpliwości, jak choćby św. Tomasz Morus, który powiedział, że Bóg nikomu nie zapewnił niezachwianego umysłu. A gdyby ktoś powiedział: „Jeśli jesteś katolikiem, to wyjaśnij mi istotę dogmatu o Trójcy Świętej; w jaki sposób jeden Bóg może występować w trzech różnych Osobach”, wierzący może próbować odpowiedzieć, ale jeśli nie wie, nie musi. Aby wierzyć w Boga i Mu ufać, nie musimy Go rozumieć nawet w tym zakresie, w jakim pozwala się On zrozumieć na ziemi. Nie każdemu została dana taka sama łaska. Natomiast jeśli ktokolwiek (człowiek, szatan, a nawet anioł z nieba, jak to św. Paweł wspomniał) chce nas nakłonić do porzucenia wiary lub odrzucenia jej wartości, zasad, przykazań, mamy stanowczo jego usiłowania zniweczyć. Jeśli potrafimy i uznamy za słuszne, możemy podjąć spór i przeciwstawiać argumenty. Nie zawsze jednak musi to być najlepsza droga, czasami trzeba powiedzieć: „Idź precz!”

Sztuka argumentacji, perswazji, dyskutowania ma być na służbie prawdy i dobra. Jeśli pojawiają się oznaki wskazujące na to, że utraciła tę służebność, można lub trzeba ją oddalić zgodnie z parafrazą Jezusowego pouczenia: „Nie będziesz wystawiał na próbę dziecka Pana, Boga swego!”

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Dodaj komentarz

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz