Wciąż poszukiwana sztuka wychowywania

Wciąż poszukiwana sztuka wychowywania

26.01.2016
Czyta się kilka minut
Trudno krótkie zdania wymienione między Maryją i Jezusem w Kanie Galilejskiej nazwać dialogiem między Matką i Synem. A jednak to dialog wręcz wzorcowy.
William Holman Hunt, Odnalezienie Jezusa w świątyni, 1860 (WikiMedia Commons)
R

Różnie można go rozwijać, interpretować, ale skoro tak, to nie zaszkodzi dorzucić jeszcze jedno jego ujęcie. Mamy tu rozmowę Matki z Synem. Najpierw jednak wspomnijmy inną ich rozmowę, ze świątyni jerozolimskiej. Odbyła się, gdy 12-letni Jezus zgubił się w drodze powrotnej do Nazaretu. Znaleźli Go po trzech dniach w świątyni. Możemy sobie wyobrazić ich zdenerwowanie, a nawet gniew – to nie było szukanie zaginionej owcy, ale Dziecka! Do Dziecka przemówiła Matka, Józef był Opiekunem, więc jego prawo stało nieco niżej niż prawo Matki. Powiedziała: „Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie" (Łk 2, 48). Owszem, uczyniła mu delikatny wyrzut, ale szybko przeszła na tzw. wypowiedź „ja”, czyli nie mówiła o Jego winie, ale o swoich uczuciach, o swoim bólu i strachu.

Otrzymała odpowiedź dziwną i tajemniczą: „Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?» (inni tłumaczą: w domu mojego Ojca). Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział, wyjaśnia Ewangelista. Maryja już nie pytała więcej, tylko chowała w sercu te i inne słowa i sprawy. Przecież 12-letnie dziecko może mieć sprawy, których matka mu nie rozwiąże, o których nawet nie musi wiedzieć. Ma ona prawo do szacunku, do miłości, do wyrażania swoich uczuć, podobne prawa ma dziecko. Obie strony uczą się respektu dla tych praw, a tzw. władza rodzicielska jest przede wszystkim mądrością rodziców, którzy dbają o to, żeby w domu było jak najwięcej miłości połączonej ze wzajemnym szacunkiem, zrozumieniem, poczuciem wolności i odpowiedzialności: by dzieci się uczyły, bo chcą więcej wiedzieć i się rozwijać, by wszyscy pracowali dla własnego, domowego i wszelkiego innego dobra, by rodzice kochali dzieci, ale też siebie wzajemnie i to coraz mocniej.

Był Jezus poddany swoim rodzicom, ale też „był w tym”, co należało do Ojca i do Jego osobistego losu. Teraz rozmowa w Kanie Galilejskiej. Pojawiła się przykra dla nowożeńców sytuacja:

Matka Jezusa mówi do Niego: Nie mają już wina. Jezus Jej odpowiedział: Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? […] Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie (J 2, 3-5).

Odpowiedź Jezusa nie wygląda na specjalnie grzeczną, a jednak jest jak najbardziej słuszna: czyż to jest sprawa Jej albo Jego? Nie. Tylko gospodarzy. O ile w Jerozolimie zaginięcie Jezusa jak najbardziej dotyczyło ich wszystkich, teraz dzieje się coś, co nie odnosi się do nich, nie należy do ich obowiązków. Maryja odczuwa zrozumiały niepokój, gdy jej znajomi mają problem, sama pomóc nie może, więc napomyka Synowi. On też nie ma obowiązku nic robić, ale niech wie… Tyle. Bez rozkazywania czy namawiania. Wiemy, co się potem stało, ale cud w Kanie Galilejskiej to już raczej nie była sprawa wesela, ale sprawa Królestwa Niebieskiego. Ten cud był pierwszym znakiem misji Jezusowej, dla której wesele w Kanie było tylko okazją, a nie jakimś spełnieniem obowiązku. A jeśli Jezus pomógł tym młodym ludziom, to z własnej woli, a nie na polecenie Matki, choć nie mamy powodu wątpić, że Jej prośba była dla Niego bardzo ważna.

W obu tych zdarzeniach, w Jerozolimie i w Kanie, Maryja okazała mądrość matki, która kocha swoje dziecko i chce mu towarzyszyć w jego rozwoju, a w tym celu stara się swoje dziecko rozumieć, wspierać we wszystkim i między innymi uczyć właściwej miłości także dla rodziców. W Jerozolimie wobec swojego Syna okazała również szacunek swojemu mężowi. Powiecie, że to Święta Rodzina, to im łatwiej. Co łatwiej, a co nie, tego nie wiemy, ale właśnie Święta Rodzina jest po to, żeby się od Niej uczyć. A nauki nam ciągle potrzeba.

Inspiracje do uwag, które poczyniłem na temat obu rozmów Matki z Synem, zaczerpnąłem ze świetnej książki Thomasa Gordona pt. „Wychowanie bez porażek”. Jedna z wielu, ale zdaje mi się, że jedna z najlepszych.  Napisano tam we wstępie:

Rodziców się oskarża, ale się ich nie szkoli. Każdego roku miliony nowych matek i ojców podejmują pracę, która uważana jest słusznie za jedną z najcięższych, jakie można wykonywać: rodzi się ich dziecko, mały człowiek, zupełnie bezradny i oni podejmują odpowiedzialność za jego fizyczne i psychiczne zdrowie, za wychowanie go na człowieka produktywnego, zdolnego do życia w społeczeństwie i współpracy, odpowiedzialnego obywatela. Czyż nie jest to zadanie najtrudniejsze i stawiające największe wymagania?

Chodzili do szkoły dorośli, posyłają teraz swoje dzieci, ale po co nam umiejętność czytania, jeśli nie będziemy z niej korzystać dla własnego rozwoju? Jesteśmy religią Księgi – Biblii: czytajmy Biblię i poszerzajmy ją o inne dobre książki (ogólniej media, ale książki nadal zajmują ważnie miejsce). Nie dopuszczajmy do tego, żeby zakopanych było dla nas tyle skarbów, których bardzo potrzebujemy. Szukajmy owych skarbów w tym, co czytamy, słuchamy, oglądamy.

Dążmy ku temu, żeby po słowach: synu, matko, ojcze, siostro, bracie, przyjacielu i im podobnych następowały zdania pełne miłości – mądre i pożyteczne. Takie jak w Jerozolimie, w Kanie, w Ewangelii.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz